— Nie brata?
Odrzucił spodnie na bok. Wpatrywał się w Geraldine spojrzeniem pełnym zdziwienia, zagubienia... zdrady? Bardzo cieszył się, że zastał ją całą i żywą, ale związana z tym ulga nie była uczuciem dominującym.
— Ty takich nie nosisz, zbyt sztywny materiał na ciebie. Skąd się tu wzięły? Ja tu przychodzę do ciebie, biegnę na łeb, na szyję, martwię się... to znaczy huh? — Zawstydził się wypowiedzianych słów. — Jesteś tu sama? Ktoś tu jest?
Wyciągnął różdżkę w razie obrony przed wyimaginowanym przeciwnikiem. Zaczął celować w kąty pomieszczenia i zaglądać za zasłony.
— Deportował cię ten wstrętniak prosto do domu? Siedziałaś potem w środku i poszłaś od razu spać?
Po obchodzie pokoju podszedł do Geraldine i położył jej ręce na ramionach, intensywnie wpatrując się w jej twarz. Szukał wszelkich oznak braku zdrowia. Zadrapania, podpuchnięte oczy... Wszystko, co mogło zdradzać jakiekolwiek nieprzyjemności trapiące pannę Yaxley.