Philip przekroczył próg Dziurawego Kotła z wyraźnym zamiarem napicia się eksplodującej lemoniady. Ta, co prawda, zagrażała zdrowiu pijącego. Jeśli wierzyć wiszącemu w pubie ostrzeżeniu. Zawsze pozostawał ostrożny, nie chcąc przekonać się o jego zasadności i znaleźć się w sytuacji wymagającej interwencji uzdrowiciela. Byłaby to poważna niedogodność, choć gdyby trafił na jakąś piękną uzdrowicielkę albo jakiegoś przystojnego uzdrowiciela to przynajmniej byłoby jakieś pocieszenie w takiej sytuacji. I tym razem będzie liczyć na szczęście.
— Cześć, Tom! — Przywitał już od progu zaprzyjaźnionego barmana, również ściągając na siebie uwagę obecnych tu osób, choć nie z powodu nieodpowiedniego ubioru. Noszone przez niego czarne spodnie garniturowe i czarną marynarkę, nałożoną na białą koszulę nie odstawały od ogólnie przyjętych standardów, uzupełnionych szatą czarodzieja w formie peleryny, która mogła posłużyć do ochrony przed deszczem, który w rzeczywistości nie zamierzał spaść z ciężkich chmur.
Za tym stała cechująca go szeroka rozpoznawalność, która przyciągała ku niemu tych wszystkich zainteresowanych Quidditchem ludzi. Kilku z nich wstało od zajmowanych przezeń stolików i podeszło do niego uścisnąć mu dłoń niczym staremu znajomemu (choć to było dalekie od prawdy) albo podsuwało mu serwetki lub pergaminy do złożenia na nich autografu. Gdy się rozeszli i powrócili do swoich stolików, mógł ruszyć dalej przed siebie – ku stacjonującemu za ladą barmanowi, u którego zamierzał zamówić upragniony napój.
Będąc już przy kontuarze, jego spojrzenie padło na stojącą przy nim młodą kobietę w dżinsach o szerokich nogawkach (tyle, że w opłakanym stanie, co rzucało się w oczy) i wyblakłej bluzie. Ubiorem nie różniła się niczym od mugolek. Gdyby nie to, że przebywała w pubie dla czarodziejów to uznałby ją za przedstawicielkę niemagicznego świata zamiast za mugolaczkę. W swoim życiu zdążył poznać czarodziejów i czarownice pochodzenia mugolskiego, więc nie był uprzedzony. Nie zmieniało to faktu, że wszyscy z tego grona byli schludnie ubrani na mugolską modłę.
Nie uchodziła w jego oczach za średniozamożną lub bogatą. Upadający na podłogę tego lokalu knut oraz mugolski lizak zdawały się potwierdzać wysnute przez niego wnioski. Jest człowiekiem, który nosi ze sobą wyłącznie galeony i bardzo rzadko ma w sakiewce monety o mniejszych nominałach. Nie był tak zaznajomiony z niemagicznymi słodyczami jak mugole i mugolaki, gdyż jedynym sklepem ze słodyczami, który regularnie odwiedzał na Alei Horyzontalnej był sklep Sugarpluma.
— Poproszę eksplodującą lemoniadę... zapłacę również za kawę tej pani — Zwrócił się do barmana chcąc złożyć swoje zamówienie. Zaoferował również uiszczenie zapłaty za czarownicę. Będzie mogła zachować swoje pieniądze, których nie miała wiele z tego, co widział. Może chciałaby coś zjeść albo przyjmie datek, ale o to zapyta za chwilę. Datek wydawał mu się bardziej odpowiedni. Kwestią wartą rozważenia była jego wysokość.