03.06.2023, 23:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.06.2023, 23:32 przez Brenna Longbottom.)
O ile nie kojarzyć Brenny było dość łatwo, o tyle jej nazwisko znał już raczej każdy przedstawiciel czystokrwistych rodów Brytanii i zdecydowana większość pracowników Ministerstwa. Longbottomowie tradycyjnie zasilali w końcu szeregi Departamentu Przestrzegania Prawa, co zdaniem jednych było efektem nepotyzmu, zdaniem drugich, prania dzieciom mózgów od małego.
- Większość krewnych w tej chwili chce uchronić go przed odsiadką w Azkabanie… albo zadbać o to, by nie szargano reputacji rodziny. Może oba na raz. Ciężko stwierdzić, chociaż właśnie to bym obstawia – przyznała Brenna. Nie chodziło im w końcu o ukrywanie go przed światem, a zapobiegnięcie aresztowaniu. Poza tym… Brenna musiała niechętnie przyznać (niechętnie, bo nie lubiła, gdy w sprawy mieszała się jej „taka” magia): mogli mieć rację. – I już z nimi rozmawiałam. Byłam bardzo dosadna. Pani Abbott niestety okazała się dosadniejsza ode mnie, w dodatku zna chyba wszystkich sędziów Wizengamotu, połowę Biura Aurorów i jeszcze na dodatek każdą sprzątaczkę.
Brenna trochę wyolbrzymiała, ale to ładnie obrazowało sytuację.
- Mam nakaz – oświadczyła Brenna, podnosząc się z miejsca, gdy on wstał. Odruchowo chciała sięgnąć do kieszeni, ale przypomniała sobie, że zostawiła go w marynarce. Zadbała o stosowne zgody, a Abbottówna tutaj nie protestowała, wszak zależało jej na udowodnieniu, że krewny był opętany i najlepiej na uwolnieniu go od wpływów złego ducha. – Zabiorę go po drodze z biura – dodała, opuszczając rękę. – Na domu państwa Rose’ów ciąży zaklęcie, które zareaguje, jeżeli pan Jonathan opuści jego teren. Oczywiście, podczas konsultacji i ewentualnych egzorcyzmów będę obecna. Obawiam się, że eee… pan Rose może nie przyjąć ich dobrze i będzie trzeba zastosować środki przymusu bezpośredniego – wyrecytowała, ładnie ubierając w słowa to, co pomyślała, czyli że prawdopodobnie przyjdzie go związywać i kneblować, a skoro to ona prowadziła tę sprawę, powinna się tym zająć sama. W końcu gdyby wpuściła tam egzorcystę samego, po tym, jak Jonathan zaatakował już uzdrowiciela, wykazałaby się ogromną niekompetencją. A potem ktoś na pewno urwałby jej za to głowę.
– Doskonale – powiedziała tylko na jego deklarację, uśmiechając się szeroko. To że nie planował ruszać się z biura nie wywołało w niej wyrzutów sumienia, w Ministerstwie Magii już tak bywało, że przydarzały się dziwaczne rzeczy i początkowy harmonogram dnia trzeba było gwałtownie modyfikować. – Będę czekać przy punkcie Fiuu.
Mogło się wydawać to dziwne, skoro wspomniała, że musi zabrać nakaz. Ale Brenna… cóż, była Brenną, więc po prostu wypadła z gabinetu, zanim Sebastian zdążył okrążyć biurko, a w chwili, w której on zamykał drzwi, ona już gnała do Biura Brygady. Tam też pośpiesznie zgarnęła marynarkę i płaszcz (z nakazem i paroma innymi rzeczami), by trzydzieści sekund później faktycznie czekać przy kominku i wyrecytować Sebastianowi adres.
Chwilę później wyszli wprost z kominka w domu Rose’ów. Znajdowali się w salonie, prezentującym się dość typowo dla pomieszczenia rodziny czarodziejów średnio sytuowanych. Meble, w ocenie mugoli zapewne odrobinę staroświeckie, ruchome fotografie na ścianach, odbiornik radiowy na komodzie, nieco książek na regale… Na miękkie kanapie o zielonym obiciu siedział mężczyzna: zapewne ów pan Jonathan Rose. Był chudy, niezbyt wysoki, odziany w szatę o bardzo niemodnym kroju.
– Dzień dobry, panie Jonathanie. Jesteśmy…
– Szlamy!!!
– Nie, nie. Zapewniam, pan Sebastian jest czystej krwi. Przypadkiem się tak składa, że ja również.
- Większość krewnych w tej chwili chce uchronić go przed odsiadką w Azkabanie… albo zadbać o to, by nie szargano reputacji rodziny. Może oba na raz. Ciężko stwierdzić, chociaż właśnie to bym obstawia – przyznała Brenna. Nie chodziło im w końcu o ukrywanie go przed światem, a zapobiegnięcie aresztowaniu. Poza tym… Brenna musiała niechętnie przyznać (niechętnie, bo nie lubiła, gdy w sprawy mieszała się jej „taka” magia): mogli mieć rację. – I już z nimi rozmawiałam. Byłam bardzo dosadna. Pani Abbott niestety okazała się dosadniejsza ode mnie, w dodatku zna chyba wszystkich sędziów Wizengamotu, połowę Biura Aurorów i jeszcze na dodatek każdą sprzątaczkę.
Brenna trochę wyolbrzymiała, ale to ładnie obrazowało sytuację.
- Mam nakaz – oświadczyła Brenna, podnosząc się z miejsca, gdy on wstał. Odruchowo chciała sięgnąć do kieszeni, ale przypomniała sobie, że zostawiła go w marynarce. Zadbała o stosowne zgody, a Abbottówna tutaj nie protestowała, wszak zależało jej na udowodnieniu, że krewny był opętany i najlepiej na uwolnieniu go od wpływów złego ducha. – Zabiorę go po drodze z biura – dodała, opuszczając rękę. – Na domu państwa Rose’ów ciąży zaklęcie, które zareaguje, jeżeli pan Jonathan opuści jego teren. Oczywiście, podczas konsultacji i ewentualnych egzorcyzmów będę obecna. Obawiam się, że eee… pan Rose może nie przyjąć ich dobrze i będzie trzeba zastosować środki przymusu bezpośredniego – wyrecytowała, ładnie ubierając w słowa to, co pomyślała, czyli że prawdopodobnie przyjdzie go związywać i kneblować, a skoro to ona prowadziła tę sprawę, powinna się tym zająć sama. W końcu gdyby wpuściła tam egzorcystę samego, po tym, jak Jonathan zaatakował już uzdrowiciela, wykazałaby się ogromną niekompetencją. A potem ktoś na pewno urwałby jej za to głowę.
– Doskonale – powiedziała tylko na jego deklarację, uśmiechając się szeroko. To że nie planował ruszać się z biura nie wywołało w niej wyrzutów sumienia, w Ministerstwie Magii już tak bywało, że przydarzały się dziwaczne rzeczy i początkowy harmonogram dnia trzeba było gwałtownie modyfikować. – Będę czekać przy punkcie Fiuu.
Mogło się wydawać to dziwne, skoro wspomniała, że musi zabrać nakaz. Ale Brenna… cóż, była Brenną, więc po prostu wypadła z gabinetu, zanim Sebastian zdążył okrążyć biurko, a w chwili, w której on zamykał drzwi, ona już gnała do Biura Brygady. Tam też pośpiesznie zgarnęła marynarkę i płaszcz (z nakazem i paroma innymi rzeczami), by trzydzieści sekund później faktycznie czekać przy kominku i wyrecytować Sebastianowi adres.
Chwilę później wyszli wprost z kominka w domu Rose’ów. Znajdowali się w salonie, prezentującym się dość typowo dla pomieszczenia rodziny czarodziejów średnio sytuowanych. Meble, w ocenie mugoli zapewne odrobinę staroświeckie, ruchome fotografie na ścianach, odbiornik radiowy na komodzie, nieco książek na regale… Na miękkie kanapie o zielonym obiciu siedział mężczyzna: zapewne ów pan Jonathan Rose. Był chudy, niezbyt wysoki, odziany w szatę o bardzo niemodnym kroju.
– Dzień dobry, panie Jonathanie. Jesteśmy…
– Szlamy!!!
– Nie, nie. Zapewniam, pan Sebastian jest czystej krwi. Przypadkiem się tak składa, że ja również.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.