Erik nie obraził się na Norę za ich wczorajszą kłótnię poprzedniego dnia. W jego oczach była to co najwyżej utarczka słowną, w którą on sam nieco za bardzo się zaangażował. Powinien był przewidzieć, że w dzień przed otwarciem kobieta będzie pod wpływem wielu emocji i będzie się w niej kotłowało. Tego jednego wieczora zabrakło u niego typowej dla niego przy większości spotkań ogłady. Nie oznaczało to jednak, że wziął sobie do serca jakiekolwiek komentarze przyjaciółki. Ot, wszystkim się coś takiego zdarzało.
Mężczyzna nie mógł jednak powstrzymać się przed myślą, że Figg doskonale wiedziała, co robi, gdy przyszedł do klubokawiarni przed otwarciem, aby zacząć się przygotowywać do swojego „bojowego zadania”. Nie miał pojęcia, czy te ustalenia były przygotowane z dużym wyprzedzeniem, czy była to forma małej zemsty, swoistej igiełki wbitej w czułe miejsce, aby go nieco utemperować za poprzednią noc.
Na pewno, pomyślał, rozpinając kolejne guziki koszuli, aby zawiesić ją na wieszaku na tyłach kawiarni w pomieszczeniu przeznaczonym dla pracowników. Spojrzał na drugi haczyk, na którym zawieszony był kostium rudego kota w rozmiarze przeznaczonym dla dorosłego człowieka. Pokręcił powoli głową.
Powinien był się spodziewać, że tak to się wszystko potoczy. Wprawdzie brakowało mu umiejętności związanych z magią Trzeciego Oka jaką mogli się pochwalić inni jego krewni, ale przecież... To musiało tkwić gdzieś głęboko w jego duszy, czyż nie? Dlatego miał takiego nosa do ludzi. Niestety miał też słabość do Nory Figg.
Bo kto nie ma, skomentował bezgłośnie, dotykając nieufnie materiału kostiumu. Nie miał pojęcia, skąd Nora to wytrzasnęła i chyba nie chciał wiedzieć. Wyrób z mugolskiej części Londynu? Całkiem prawdopodobne. Rosierowie pewnie szybciej daliby się pokroić na swoich stanowiskach do szycia niż wypuściliby tego rodzaju... uniform... na rynek. Podobnie jak inne szanowane butiki na Pokątnej czy Horyzontalnej. To musiała być robota mugoli.
— Ale mnie załatwiłaś — mruknął pod nosem, dalej przyglądając się kostiumowi.
Nie wierzył, że faktycznie przystał na włożenie tego. Jedynym co go do tego przekonało było chyba to, że otwarcie klubokawiarni okazało się wydarzeniem stosunkowo kameralnym. Nie żeby było w tym coś złego. Remont lokalu trwał już od dłuższego czasu, toteż stali bywalcy Ulicy Pokątnej już dawno wiedzieli, że coś się kroi w dzielnicy i można się spodziewać potencjalnej konkurencji. Jakby Nora Figg musiała walczyć o klientów. Uśmiechnął się minimalnie pod nosem. Aż za dobrze znał jej możliwości oraz jej wypieki. Na pewno sobie poradzi na tym rynku.
Z ociąganiem naciągnął na siebie kostium, pozamykał wszystkie zamki i zapiął guziki, a na koniec zarzucił sobie na głowę kaptur z kocimi uszkami. Spojrzał z niesmakiem w lustro znajdujące się po przeciwległej stronie pokoju. Przeszedł parę kroków, trzymając w jednej ręce ogon od kostiumu i kręcąc nim od niechcenia.
— Na Merlina, mam nadzieję, że nie wpadnie tu żaden reporter — powiedział do siebie ze zgrozą. Nie miał wprawdzie nic przeciwko pomocy Norze przy otwarciu, ale to...
To mogło narobić szumu. Zarówno pozytywnego, jak i negatywnego, zwłaszcza przed rodzinną licytacją charytatywną. Niektórzy dziennikarze to były harpie, ale też krety, które potrafiły kopać, dopóki nie znalazły sensacji. Na pewno nie mieliby problemów z wymyśleniem chwytliwego nagłówka.
Wziął głęboki oddech i zmienił nieco pozycję, aby lepiej się przejrzeć w lustrze. Jakby kostium to było za mało, to Nora w wolnej chwili namalowała mu jeszcze na twarzy koci nos i wąsy. Na szczęście udało mu się ją przekonać, że nie trzeba było sięgać po zaklęcia z zakresu transmutacji. To mogłoby się bardzo źle skończyć.
Przodkowie miejcie mnie w swojej opiece, pomyślał i stanął przed drzwiami prowadzącymi na główną salę i nacisnął klamkę. Chwilę później był po drugiej stronie, gdzie... Czekali już pierwsi goście. Zamrugał zdziwiony, widząc na sali nie tylko Norę, ale także Brennę, Mavelle i Zeneidę. Nie ma co, nie lada publiczność się tu zebrała.
— Jestem pod wrażeniem, że znalazłaś to... — Zamilkł na moment. — Cudo. — Przywołał na usta minimalny uśmiech. — W moim rozmiarze. Naprawdę jestem w ciężkim szoku. Możesz mi przypomnieć, Noro, co na właściwie mam w tym robić? Otwierać gościom drzwi? Podawać poczęstunek? Stać za ladą? Buszować pośród gości po prostu?
„Daj mi jakieś wskazówki” zdawała się mówić jego twarz. Jako niemal dwumetrowy człowiek-kot prezentował się nieco karykaturalnie, ale postanowił nie robić z siebie ofiary tych niestandardowych okoliczności. Jeszcze. Uśmiechnął się słabo do Brenny, Mav oraz Idy, wyraźnie oczekując, że w żaden sposób nie skomentują jego stroju.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞