31.10.2022, 23:33 ✶
- Proszę się od niej odsunąć i dać jej oddychać. Czy poleciało w nią jakieś zaklęcie? - spytała Brenna. Nie pchała się do kobiety, choć wszystko w niej wyrywało się, aby to zrobić. Ta jednak potrzebowała w tej chwili przede wszystkim powietrza, skoro oddychała, ale zdaniem Erika słabo. - Erik, zdejmij jej tę apaszkę, proszę - mruknęła jeszcze, unosząc różdżkę. Wycelowała w charłaczkę, szepcząc cicho finite: nie mogło to wiele pomóc, jeżeli oberwała jakąś paskudną klątwą albo po prostu uległa zadeptaniu, ale Brenna wolała dmuchać na zimne.
Mężczyzna odsunął się, dając Erikowi dostęp do dziewczyny. Po jego twarzy spływały łzy: może z bólu, może wywołane obawą o stan kobiety. Przynajmniej on nie był charłakiem, skoro zdołał użyć różdżki. Brenna poczuła, że coś ponownie zwija się w jej żołądku w ciasny supeł, gdy pomyślała, ile osób w tym tłumie nie miało żadnej, nawet najmniejszej szansy, aby się bronić.
- Chyba nic jej nie trafiło - wyszeptał, a potem spojrzał na swoją nogę i zmusił się do czegoś, co mogło być uśmiechem. Zaraz jednak zamieniło się w grymas bólu. - Raczej nie. Upadłem i mnie zadeptano. Carrie próbowała mi pomóc i...
Pokręcił głową, jakby nie był w stanie dalej mówić.
Brenna zacisnęła tylko szczękę. Do licha, nie to, że oczekiwała, że nagle wszystko zacznie się dostosowywać do wymagań charłaków. W gruncie rzeczy byli to ludzie, którzy nie mieli większych szans odnaleźć się w magicznym świecie. Ale czy naprawdę ktoś musiał doprowadzać do zamieszek, gdy ci chcieli jedynie zademonstrować, jak bardzo są ignorowani?
- Przetransportuję państwo do bezpiecznej lokacji i spróbujemy wezwać uzdrowiciela albo przenieść się do Munga - powiedziała Brenna, kilkoma machnięciami różdżki wyczarowując niewidzialne, magiczne nosze. Sztuk dwie. W duchu odetchnęła z ulgą, że zdołała, bo akurat w tym zaklęciu jakoś szczególnie nie celowała. Pochyliła się, by ostrożnie ułożyć na nich charłaczkę, zajęciem się panu pozostawiając bratu. Skoro już miał wzrost potomka tytanów, to niech się popisze.
- Mogę iść sama, jeśli chcesz zobaczyć, co dzieje się na przedzie - powiedziała jeszcze do brata, zwracając głowę ku załamowi ulicy. Gdzieś tam, za rogiem, wcześniej był początek marszu. Teraz nie słychać było już tylu krzyków ani huku zaklęć, więc istniała szansa, że sytuacja się uspokoiła.
A przynajmniej Brenna miała na to nadzieję. Chociaż niestety, zdawała sobie sprawę z tego, że konsekwencje tego wydarzenia będą szerokie. Mnóstwo rannych. Jeżeli nikt nie zginął, mieliby ogromnie, ogromnie dużo szczęścia, ale Longbottom nawet na to szczególnie nie liczyła.
I zastanawiała się, czy wybuch zamieszek był efektem przypadku, czy może zorganizowanej działalności. A chociaż nigdy nie była szczególnie wierząca, tym razem, gdy holowała dwoje rannych ulicą, gotowa potem wrócić i wykonywać dalej swoje obowiązki, zanosiła modły do Matki, aby nie byli to zwolennicy Grindewalda, dotąd pozostający w ukryciu.
Nie wiedziała jeszcze, że to byłaby bardzo optymistyczna wersja...
Mężczyzna odsunął się, dając Erikowi dostęp do dziewczyny. Po jego twarzy spływały łzy: może z bólu, może wywołane obawą o stan kobiety. Przynajmniej on nie był charłakiem, skoro zdołał użyć różdżki. Brenna poczuła, że coś ponownie zwija się w jej żołądku w ciasny supeł, gdy pomyślała, ile osób w tym tłumie nie miało żadnej, nawet najmniejszej szansy, aby się bronić.
- Chyba nic jej nie trafiło - wyszeptał, a potem spojrzał na swoją nogę i zmusił się do czegoś, co mogło być uśmiechem. Zaraz jednak zamieniło się w grymas bólu. - Raczej nie. Upadłem i mnie zadeptano. Carrie próbowała mi pomóc i...
Pokręcił głową, jakby nie był w stanie dalej mówić.
Brenna zacisnęła tylko szczękę. Do licha, nie to, że oczekiwała, że nagle wszystko zacznie się dostosowywać do wymagań charłaków. W gruncie rzeczy byli to ludzie, którzy nie mieli większych szans odnaleźć się w magicznym świecie. Ale czy naprawdę ktoś musiał doprowadzać do zamieszek, gdy ci chcieli jedynie zademonstrować, jak bardzo są ignorowani?
- Przetransportuję państwo do bezpiecznej lokacji i spróbujemy wezwać uzdrowiciela albo przenieść się do Munga - powiedziała Brenna, kilkoma machnięciami różdżki wyczarowując niewidzialne, magiczne nosze. Sztuk dwie. W duchu odetchnęła z ulgą, że zdołała, bo akurat w tym zaklęciu jakoś szczególnie nie celowała. Pochyliła się, by ostrożnie ułożyć na nich charłaczkę, zajęciem się panu pozostawiając bratu. Skoro już miał wzrost potomka tytanów, to niech się popisze.
- Mogę iść sama, jeśli chcesz zobaczyć, co dzieje się na przedzie - powiedziała jeszcze do brata, zwracając głowę ku załamowi ulicy. Gdzieś tam, za rogiem, wcześniej był początek marszu. Teraz nie słychać było już tylu krzyków ani huku zaklęć, więc istniała szansa, że sytuacja się uspokoiła.
A przynajmniej Brenna miała na to nadzieję. Chociaż niestety, zdawała sobie sprawę z tego, że konsekwencje tego wydarzenia będą szerokie. Mnóstwo rannych. Jeżeli nikt nie zginął, mieliby ogromnie, ogromnie dużo szczęścia, ale Longbottom nawet na to szczególnie nie liczyła.
I zastanawiała się, czy wybuch zamieszek był efektem przypadku, czy może zorganizowanej działalności. A chociaż nigdy nie była szczególnie wierząca, tym razem, gdy holowała dwoje rannych ulicą, gotowa potem wrócić i wykonywać dalej swoje obowiązki, zanosiła modły do Matki, aby nie byli to zwolennicy Grindewalda, dotąd pozostający w ukryciu.
Nie wiedziała jeszcze, że to byłaby bardzo optymistyczna wersja...
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.