— KOCHASZ!?
Jonathan był wstrząśnięty. Nie obchodziło go, że zakochała się przypadkiem. Właściwie zawsze to chyba tak działało. Nie był pewny. Nie rozumiał też, dlaczego go to aż tak dotknęło. Ale coś w jego środeczku bardzo się teraz ściskało z żałości.
Zatrzymał się przed zdesperowaną kobietą i przerwał swoją natarczywą napaść. Wpatrywał się w nią z nieuzasadnionym zarzutem przez chwilę, po czym wrócił do salonu. Usiadł na kanapie.
— Kto to jest... Znam go?
W umyśle przeczesywał wszystkich ludzi, których on i Gio znali. Była tego nieskończona masa. Nawet zawężając do mężczyzn w podobnym Geraldine wieku, nie potrafił znaleźć żadnego potencjalnego kandydata. Może to ktoś zza granicy? Albo ktoś, kto całkowicie był poza kręgami, w których Urquart się obracał?
W tej chwili nawet nie zainteresował się własnymi emocjami. W pewnym sensie jego złość mogła być dla niego naturalna. Wchodząc w związek automatycznie spadał na liście priorytetów przyjaciółki. Nie będą mieć dla siebie tyle czasu. Nie, żeby spotykali się jakoś często... ale gdy chociaż jedno z nich miało wolne, druga osoba starała się pozmieniać swoje plany, by tylko doszło do spotkania. Fizycznie głównie byli od siebie daleko, ale na przestrzeni duchowej, byli blisko jak rodzony brat i siostra, których jednocześnie łączyła najbliższa i najserdeczniejsza przyjaźń. Nie chciał tego tracić. Nie miał wiele osób poza Geraldine. Poznał dziesiątki, a nawet setki osób, ale nie jako on. Gio miał tonę znajomości. On mógł ich wyliczyć na palcach jednej ręki. Philip... chociaż z nim już nie bawił się tak dobrze jak kiedyś. Timothy... wiedział o istnieniu Jonathana, ale daleko tu do przyjaźni. Kim... tu wciąż daleko było do tego, co łączyło go z tylko jedną osobą. Z Geraldine właśnie. I dopiero teraz sobie zdał sprawę z tego, jak ważną osobą była dla niego.
!traumadoliny