Jonathan zastanowił się. Czy słyszał o jakimś powrocie kogoś w niedawnym czasie? Nie mógł sobie przypomnieć. Bo nie był w stanie teraz myśleć. Nie rozumiał, co się działo. Co się z nim działo. Zupełnie, jakby tracił kontrolę, ale przecież to zawsze było domeną Giovanniego. Ten tracił kontrolę i wtedy pojawiał się Jonathan. Nie na odwrót. A może i w taki sposób mogło to zadziałać? Może w obecnej sytuacji Giovanni lepiej poradziłby sobie?
Przez moment Jo sądził, że porusza rękoma by rozładować napięcie. Ale gdy postanowił przestać, dłonie wciąż mu drżały. Czym on się w ogóle tak przejmował? Może po prostu nie wyspał się tak, jak powinien? Po tej wstrętnej, koszmarnej nocy? Jonathan nie przeżył tego tak jak Gio, ale przynajmniej mu się to wydawało. Ukryty bezpiecznie w głębii umysłu, wciąż odbierał sygnały z otoczenia. Widział te istoty. Te potwory unoszące się przy nich. Nie zbliżające się za bardzo tylko z powodu subtelnego światła patronusa panny Lestrange.
Zaklął.
— Ger... Jak dobrze... Że ciebie tam nie było... To był koszmar, r-rozumiesz? Jak dobrze, że ten skrzat... Gio to jednak ma łeb na karku czasami...
Zaklął ponownie.