— Ah? Oh, tak, oczywiście!
Giovanni zerwał się z miejsca. Kim nie była jedyną osobą, która go tak nazywała. Wszystkie panie z rodziny i starsze znajome kobiety wołały do niego "kochaniutki" i "mój kochany". Bo to były bardzo dobre określenia na niego. Wszystkie też robiły to obdarzając go ciepłym, przyjacielskim uczuciem. Było to czysto platoniczne. Jednak w przypadku Kim, sprawa wyglądała inaczej. Bo z jego strony relacja nie była aż tak platoniczna.
— Jakże mogłem zapomnieć o zaproponowaniu ci tego w ogóle! Wybacz, już idziemy.
Starał się obrócić swoje zakłopotanie w skutek złego planowania. Często było to u niego naturalne. Należał do tych osób, które potrafiły przepraszać za nic, jednocześnie nie robiąc z siebie ofiary, a momentalnie przechodząc do naprawiania błędów.
— Tato!? Tato! Który pokój został wyznaczony Kim? — zawołał, gdy znaleźli się w przy schodach.
— Żółty, oczywiście!
— Oczywiście — mruknął do siebie. — No to chodźmy. — Gestem ręki zaprosił Kim na schody.
W domu Urquartów pokoje gościnne miały nazwy od kolorów przewodnich. Żółty, z białymi meblami, był zdecydowanie idealny dla Kim, pełen życia i z widokiem na ogród. I tuż obok jego sypialni.
Oczywiście.
Oczywiście pan Urquart wybrał ten pokój. Uprzednio należał on do siostry Giovanniego, ale gdy ta wyprowadziła się, wyraziła wolę, by się nie kurzył, tylko przyjmował gości. Tak więc nieoczekiwanie Gio zyskał nową sąsiadkę.
Zaprowadził ją do pokoju mając nadzieję, że zapomniała, gdzie jest jego sypialnia. Nawet nie był pewny, czy kiedykolwiek tam była. Spotykali się zazwyczaj poza domem, często poza krajem. A gdy już pojawiali się obydwoje w rezydencji Urquartów, obmyślali plany na kolejne wyprawy w bibliotece, salonie lub ogrodzie. Niestety teraz nie potrafił sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wspominał jej o swojej sypialni.