08.06.2023, 14:22 ✶
Bywały w życiu takie chwile, kiedy trzeba było po prostu iść. Nie myśleć i nie analizować. Przeć do przodu. Biec. Nie cofać się. To była jedna z takich chwil: szalona i bezmyślna, ale na tyle silna by mogła powziąć górę nad zdrowym rozsądkiem, nad strachem, nad zwykłą logiką.
Patrick nie był brawurowo odważny. Owszem, nie cofał się przed walką i nie uciekał przed niebezpieczeństwem, ale robił to raczej z poczucia obowiązku niż z jakiegokolwiek innego powodu. Czasami tak po prostu trzeba było. Tak jak w tym czasie i w tym miejscu. Nie zważając na konsekwencje.
Zmrużył oczy, kiedy dostrzegł wir i unoszący się w środku ogień. Odruchowo niemal cofnął się o krok, jakby jego ciało było bardziej od głowy przekonane, że za chwilę pożoga pochłonie Knieję Godryka, a on jeszcze w tej sekundzie ma szansę na ucieczkę. Ale siły lewej nodze starczyło jedynie na cofnięcie się o krok, gdy Patrick wreszcie się zreflektował co nieświadomie chciał zrobić.
Patrzył w wir, zastanawiając się co właściwie widzi. Marszczył brwi obserwując poruszającą się w tańcu Florence. Jakaś jego część chciała wyciągnąć ku niej rękę, złapać za ramię i odciągnąć na bok. Ale tylko stał, myśląc o tym, że była mądra, dobra, śliczna i odpowiedzialna. I za cholerę nie pozwoliłaby mu na wejście w ten błękitny ogień.
Odwrócił głowę, by odezwać się do Mavelle i Victorii.
- Musimy coś zrobić, nie możemy… - zaczął i urwał, dostrzegając rysujące się coraz wyraźniej postacie.
Przez pierwszych kilka sekund nawet nie rozpoznał ojca. Patrick prawie nie miał w głowie wspomnień rodziców. Wiedział, z opowieści babci, że bardzo go kochali, ale jako dorosły mężczyzna wiedział również, że babcia nigdy nie przyjęła do wiadomości drogi, którą wybrali. Dla niej opowiedzenie się po stronie Grinewalda było jak niegroźny kaprys, który tylko przypadkiem zakończył się tragedią (jakby rodzice Patricka mieli alergię na kasztany i przez nieuwagę, podczas zwiedzania Paryża, najedli się kasztanów na placu Pigalle). Nigdy nie zaakceptowała, że wiernie służyli czarnoksiężnikowi, w jego imieniu mordowali i dla niego zginęli.
Jako dzieciak, Steward trochę żył roztaczaną przez nią wizją. Aż wreszcie przeczytał anonim, który znalazł na biurku wujka i pojął, że prawda była dużo bardziej skomplikowana.
A teraz stał twarzą w twarz z… z kim właściwie? Z duchem ojca? Z jakimś wytworem błękitnego wiru? Niematerialną ułudą, która miała przekonać go do… do czego, tak właściwie?
I pewnie była to najmniej odpowiednia reakcja, ale widok ojca wyciągającego w jego stronę rękę sprawił, że poczuł irytację.
- Poczekamy? – zapytał, spoglądając na niego z mieszaniną wściekłości i konsternacji. Czy jego prawdziwy ojciec właśnie takie słowa by powiedział? Kazałby mu czekać? Po latach nieobecności? Po latach, w których nie miał okazji na to, by poznać własne dziecko? Patrick miał całe życie do przeżycia. Nie chciał ani teraz umierać, ani w towarzystwie ojca, którego jedynymi zasługami było to, że go spłodził a potem naznaczył piętnem oszusta. – Nie będę czekać. Trzeba powstrzymać to szaleństwo!
Steward poruszył głową, jakby strząsał z siebie coś nieprzyjemnego. Poruszył się, tym razem po to by obejść z daleka wir. Szukał wzrokiem czegoś, co pozwoliłoby mu znaleźć jakiś słaby punkt. Cokolwiek, co pozwoliłoby na odkrycie jak przerwać szaleństwo, którego podjął się Voldemort.
Rzuty na percepcję 2x
Patrick nie był brawurowo odważny. Owszem, nie cofał się przed walką i nie uciekał przed niebezpieczeństwem, ale robił to raczej z poczucia obowiązku niż z jakiegokolwiek innego powodu. Czasami tak po prostu trzeba było. Tak jak w tym czasie i w tym miejscu. Nie zważając na konsekwencje.
Zmrużył oczy, kiedy dostrzegł wir i unoszący się w środku ogień. Odruchowo niemal cofnął się o krok, jakby jego ciało było bardziej od głowy przekonane, że za chwilę pożoga pochłonie Knieję Godryka, a on jeszcze w tej sekundzie ma szansę na ucieczkę. Ale siły lewej nodze starczyło jedynie na cofnięcie się o krok, gdy Patrick wreszcie się zreflektował co nieświadomie chciał zrobić.
Patrzył w wir, zastanawiając się co właściwie widzi. Marszczył brwi obserwując poruszającą się w tańcu Florence. Jakaś jego część chciała wyciągnąć ku niej rękę, złapać za ramię i odciągnąć na bok. Ale tylko stał, myśląc o tym, że była mądra, dobra, śliczna i odpowiedzialna. I za cholerę nie pozwoliłaby mu na wejście w ten błękitny ogień.
Odwrócił głowę, by odezwać się do Mavelle i Victorii.
- Musimy coś zrobić, nie możemy… - zaczął i urwał, dostrzegając rysujące się coraz wyraźniej postacie.
Przez pierwszych kilka sekund nawet nie rozpoznał ojca. Patrick prawie nie miał w głowie wspomnień rodziców. Wiedział, z opowieści babci, że bardzo go kochali, ale jako dorosły mężczyzna wiedział również, że babcia nigdy nie przyjęła do wiadomości drogi, którą wybrali. Dla niej opowiedzenie się po stronie Grinewalda było jak niegroźny kaprys, który tylko przypadkiem zakończył się tragedią (jakby rodzice Patricka mieli alergię na kasztany i przez nieuwagę, podczas zwiedzania Paryża, najedli się kasztanów na placu Pigalle). Nigdy nie zaakceptowała, że wiernie służyli czarnoksiężnikowi, w jego imieniu mordowali i dla niego zginęli.
Jako dzieciak, Steward trochę żył roztaczaną przez nią wizją. Aż wreszcie przeczytał anonim, który znalazł na biurku wujka i pojął, że prawda była dużo bardziej skomplikowana.
A teraz stał twarzą w twarz z… z kim właściwie? Z duchem ojca? Z jakimś wytworem błękitnego wiru? Niematerialną ułudą, która miała przekonać go do… do czego, tak właściwie?
I pewnie była to najmniej odpowiednia reakcja, ale widok ojca wyciągającego w jego stronę rękę sprawił, że poczuł irytację.
- Poczekamy? – zapytał, spoglądając na niego z mieszaniną wściekłości i konsternacji. Czy jego prawdziwy ojciec właśnie takie słowa by powiedział? Kazałby mu czekać? Po latach nieobecności? Po latach, w których nie miał okazji na to, by poznać własne dziecko? Patrick miał całe życie do przeżycia. Nie chciał ani teraz umierać, ani w towarzystwie ojca, którego jedynymi zasługami było to, że go spłodził a potem naznaczył piętnem oszusta. – Nie będę czekać. Trzeba powstrzymać to szaleństwo!
Steward poruszył głową, jakby strząsał z siebie coś nieprzyjemnego. Poruszył się, tym razem po to by obejść z daleka wir. Szukał wzrokiem czegoś, co pozwoliłoby mu znaleźć jakiś słaby punkt. Cokolwiek, co pozwoliłoby na odkrycie jak przerwać szaleństwo, którego podjął się Voldemort.
Rzuty na percepcję 2x
Rzut PO 1d100 - 65
Sukces!
Sukces!
Rzut PO 1d100 - 93
Sukces!
Sukces!