08.06.2023, 14:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.06.2023, 15:39 przez Brenna Longbottom.)
Brenna triumfalnie pochwyciła i knuta, i lizaka. Ten drugi już wygrzebując się spod stołu, tak na wszelki wypadek, rozpakowała i włożyła do buzi, by przypadkiem nie postanowił niecnie jej umknąć. Był to smakołyk z gatunku tych, które potrafiły zakleić usta, istniała więc szansa, że będzie milczała trochę więcej niż zazwyczaj (a zazwyczaj milczała tylko wtedy, gdy w pobliżu nie było żadnych ludzi, zwierząt, a czasem nawet drzew czy ciekawych przedmiotów, do których mogłaby zacząć gadać. Brenna poznała połowę portretów w Hogwarcie, bo one w końcu odpowiadały…).
Może dlatego zamiast czegoś konstruktywnego, na przykład „a, nie, nie trzeba, zapłacę sama, dziękuję” albo parsknięcia śmiechem (bo nie to, że dziwiło ją, że uznał, że najwyraźniej na tę kawę nie może sobie pozwolić, była więc raczej rozbawiona niż oburzona albo urażona, biorąc pod uwagę, że mogłaby kupić cały Dziurawy Kocioł, gdyby naszła ją taka fantazja) na słowa mężczyzny przy ladzie, z jej zaklejonych łakociami ust wydobyło się tylko:
- Mhmfmf!
Longbottom Philipa kojarzyła, choć bardzo mgliście. Dzieliła ich na tyle duża różnica wieku, że nie miała szans zapamiętać go z Hogwartu, ich zawody też nie mogłyby chyba być bardziej odmienne i niekoniecznie obracali się w tym samym gronie znajomych. Brenna doceniała quidditcha, ale nie była jego wielką fanką, na mecz wpadła ostatni raz jakiś rok temu, bo zwykle po prostu nie znajdowała na to czasu, i akurat nigdy nie widziała w grze Zjednoczonych. Przeglądała jednak gazety regularnie, bywała niekiedy na przyjęciach czystokrwistych, więc chociaż Brenna nie była w stanie przyporządkować twarzy do imienia, pamięć usłużnie podsunęła skojarzenia „Nott” oraz „Quidditch”. Pewnie widziała go na jakimś zdjęciu w rubryce sportowej albo plotkarskiej, ale on nie potrafiła sobie przypomnieć żadnych szczegółów.
Zdołała rozkleić usta akurat, kiedy barman zdążył już nalać Phillipowi jego lemoniady i przygotować kawę.
– Naprawdę nie trzeba, mam odliczone pieniądze na kawę – zapewniła, a przynajmniej miała szczery zamiar zapewnić, bo z uwagi na lizaka, jej słowa mogły zabrzmieć trochę niewyraźnie. Galeonami owszem, dysponowała, i to w wielkiej liczbie, bo pobrzękiwały w sakiewce, ich stosik leżał w szkatułce w skrytce w domu Longbottomów, a całe góry tkwiły w skrytce bankowej, ale zwykle biedni sklepikarze trochę wzdychali, gdy musieli z nich wydawać, pilnowała więc zazwyczaj, by w jej kieszeniach nie zabrakło i knutów oraz sykli… W końcu udało się jej uwolnić od lizaka. No doprawdy, większa pułapka niż te z Miodowego Królestwa… – Przepraszam, lizak trochę mnie zakleił – wyjaśniła.
Może dlatego zamiast czegoś konstruktywnego, na przykład „a, nie, nie trzeba, zapłacę sama, dziękuję” albo parsknięcia śmiechem (bo nie to, że dziwiło ją, że uznał, że najwyraźniej na tę kawę nie może sobie pozwolić, była więc raczej rozbawiona niż oburzona albo urażona, biorąc pod uwagę, że mogłaby kupić cały Dziurawy Kocioł, gdyby naszła ją taka fantazja) na słowa mężczyzny przy ladzie, z jej zaklejonych łakociami ust wydobyło się tylko:
- Mhmfmf!
Longbottom Philipa kojarzyła, choć bardzo mgliście. Dzieliła ich na tyle duża różnica wieku, że nie miała szans zapamiętać go z Hogwartu, ich zawody też nie mogłyby chyba być bardziej odmienne i niekoniecznie obracali się w tym samym gronie znajomych. Brenna doceniała quidditcha, ale nie była jego wielką fanką, na mecz wpadła ostatni raz jakiś rok temu, bo zwykle po prostu nie znajdowała na to czasu, i akurat nigdy nie widziała w grze Zjednoczonych. Przeglądała jednak gazety regularnie, bywała niekiedy na przyjęciach czystokrwistych, więc chociaż Brenna nie była w stanie przyporządkować twarzy do imienia, pamięć usłużnie podsunęła skojarzenia „Nott” oraz „Quidditch”. Pewnie widziała go na jakimś zdjęciu w rubryce sportowej albo plotkarskiej, ale on nie potrafiła sobie przypomnieć żadnych szczegółów.
Zdołała rozkleić usta akurat, kiedy barman zdążył już nalać Phillipowi jego lemoniady i przygotować kawę.
– Naprawdę nie trzeba, mam odliczone pieniądze na kawę – zapewniła, a przynajmniej miała szczery zamiar zapewnić, bo z uwagi na lizaka, jej słowa mogły zabrzmieć trochę niewyraźnie. Galeonami owszem, dysponowała, i to w wielkiej liczbie, bo pobrzękiwały w sakiewce, ich stosik leżał w szkatułce w skrytce w domu Longbottomów, a całe góry tkwiły w skrytce bankowej, ale zwykle biedni sklepikarze trochę wzdychali, gdy musieli z nich wydawać, pilnowała więc zazwyczaj, by w jej kieszeniach nie zabrakło i knutów oraz sykli… W końcu udało się jej uwolnić od lizaka. No doprawdy, większa pułapka niż te z Miodowego Królestwa… – Przepraszam, lizak trochę mnie zakleił – wyjaśniła.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.