08.06.2023, 16:24 ✶
– Myślę, że chętniej przystaną na wersję „opętano go i to wszystko nie jego wina” niż „oszalał i zaatakował mugola” – przyznała Brenna. Zresztą, ciotka Rosa czyli pani Abbott najchętniej zdaniem Brenny wyciszyłaby całą sprawę… na to istniały spore szanse, jeżeli faktycznie Jonathana opętano i zgodnie z wolą pani Abbott uda się egzorcyzmy przeprowadzić po cichu.
- Nie doceniasz sprzątaczek. Pani Hopkins, jestem pewna, wie wszystko o wszystkich. A jeśli ktoś jest niemiły dla pani Hopkins, potem na przykład podłoga przy jego biurku jest tak wspaniale wypolerowana, że łatwo się przewrócić i wybić sobie zęby – oświadczyła. Wyraz twarzy miała całkiem poważny, trudno więc było stwierdzić, czy plecie od rzeczy, czy pani Hopkins naprawdę była personą, która niby „tu tylko sprzątała”, a w istocie po cichu trzęsła Ministerstwem Magii.
Na słowa Sebastiana odnośnie urażenia ducha… na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Urażanie czarodzieja, który uważa za świetną sprawę torturowanie mugoli? Myślę, że to jedna z moich ulubionych rozrywek – poinformowała radośnie, nim rzuciła się do pędu po nakaz i wszystkie inne drobiazgi, które uznała za niezbędne.
*
Jonathan nie przyjął zapewnień o tym, że Sebastian jest czystej krwi dobrze. Nie zdawał się też specjalnie uszczęśliwiony pozdrowieniami Macmillana w imię Matki Księżyca.
– Jonathanie?! – oburzył się. Sięgnął do kieszeni, ale niczego z niej nie wyjął… na całe szczęście, Brenna zdołała przy ostatniej wizycie skonfiskować mu różdżkę pod zarzutem napaści na uzdrowiciela. (Co ściągnęło jej na głowę konieczność napisania dodatkowego raportu i wizytę wzburzonej pani Abbott, Bo Jak Tak Można. W końcu jednak wszyscy przystali na to, że chwilowo to najlepsze wyjście.) – Jam jest Mortimer Gamp! Pierwszy syn głowy najszlachetniejszego rodu czystej krwi!!!
Mężczyzna mówił z tak mocnym akcentem, który nie kojarzył się z żadnym konkretnym obszarem współczesnej Anglii, że słowa zdawały się zlewać, przynajmniej w uszach Brenny. Ta posłała Sebastianowi nieco przepraszający uśmiech.
– Mówiłam. Opętany albo wariat – wymruczała do Macmillana kącikiem ust, na tyle cicho, aby Jonathan, to znaczy Mortimer Gamp, pierwszy syn głowy najszlachetniejszego rodu czystej krwi, przypadkiem jej nie usłyszał. Przy okazji z jednej z licznych kieszeni marynarki, którą zabrała z siedziby Brygady (chyba nawet przerobiła nieco służbową, przepisową marynarkę, by zadbać o więcej kieszeni…) wyciągnęła chusteczkę i podetknęła ją kichającemu Sebastianowi. – Gampowie chyba faktycznie byli czystej krwi i wymarli w linii męskiej. Blackowie są z nimi spokrewnieni…
Kolejne jej ciche słowa utonęły w litanii, jaką zaczął wyrzucać z siebie Jonathan. Ze względu na wzburzenie, akcent i używane słowa, dało się z niej wyłapać tyle, że „plugastwo, które zagnieździło się w okolicy winno zostać usunięte” i zdaje się, że posłał kilka inwektyw w ich kierunku.
Gdy zaczął się rozkręcać, Brenna westchnęła, wysuwając się nieco przed Sebastiana i prawą ręką sięgając po różdżkę. Przeczuwała, że oto nadchodzi moment, gdy pan Rose albo pan Gamp, kimkolwiek teraz był, zacznie ciskać przedmiotami.
– Czego potrzeba by stwierdzić, czy jest opętany? – spytała możliwie cicho, ale pan Rose chyba ją usłyszał i nie spodobało się mu, że doszli do takich wniosków. Albo miał po prostu ochotę czymś rzucić. Porwał wazon, który stał na pobliskiej szafce i rzucił w ich kierunku, a Brenna w ostatniej chwili zdążyła rzucić protego.
- Nie doceniasz sprzątaczek. Pani Hopkins, jestem pewna, wie wszystko o wszystkich. A jeśli ktoś jest niemiły dla pani Hopkins, potem na przykład podłoga przy jego biurku jest tak wspaniale wypolerowana, że łatwo się przewrócić i wybić sobie zęby – oświadczyła. Wyraz twarzy miała całkiem poważny, trudno więc było stwierdzić, czy plecie od rzeczy, czy pani Hopkins naprawdę była personą, która niby „tu tylko sprzątała”, a w istocie po cichu trzęsła Ministerstwem Magii.
Na słowa Sebastiana odnośnie urażenia ducha… na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Urażanie czarodzieja, który uważa za świetną sprawę torturowanie mugoli? Myślę, że to jedna z moich ulubionych rozrywek – poinformowała radośnie, nim rzuciła się do pędu po nakaz i wszystkie inne drobiazgi, które uznała za niezbędne.
*
Jonathan nie przyjął zapewnień o tym, że Sebastian jest czystej krwi dobrze. Nie zdawał się też specjalnie uszczęśliwiony pozdrowieniami Macmillana w imię Matki Księżyca.
– Jonathanie?! – oburzył się. Sięgnął do kieszeni, ale niczego z niej nie wyjął… na całe szczęście, Brenna zdołała przy ostatniej wizycie skonfiskować mu różdżkę pod zarzutem napaści na uzdrowiciela. (Co ściągnęło jej na głowę konieczność napisania dodatkowego raportu i wizytę wzburzonej pani Abbott, Bo Jak Tak Można. W końcu jednak wszyscy przystali na to, że chwilowo to najlepsze wyjście.) – Jam jest Mortimer Gamp! Pierwszy syn głowy najszlachetniejszego rodu czystej krwi!!!
Mężczyzna mówił z tak mocnym akcentem, który nie kojarzył się z żadnym konkretnym obszarem współczesnej Anglii, że słowa zdawały się zlewać, przynajmniej w uszach Brenny. Ta posłała Sebastianowi nieco przepraszający uśmiech.
– Mówiłam. Opętany albo wariat – wymruczała do Macmillana kącikiem ust, na tyle cicho, aby Jonathan, to znaczy Mortimer Gamp, pierwszy syn głowy najszlachetniejszego rodu czystej krwi, przypadkiem jej nie usłyszał. Przy okazji z jednej z licznych kieszeni marynarki, którą zabrała z siedziby Brygady (chyba nawet przerobiła nieco służbową, przepisową marynarkę, by zadbać o więcej kieszeni…) wyciągnęła chusteczkę i podetknęła ją kichającemu Sebastianowi. – Gampowie chyba faktycznie byli czystej krwi i wymarli w linii męskiej. Blackowie są z nimi spokrewnieni…
Kolejne jej ciche słowa utonęły w litanii, jaką zaczął wyrzucać z siebie Jonathan. Ze względu na wzburzenie, akcent i używane słowa, dało się z niej wyłapać tyle, że „plugastwo, które zagnieździło się w okolicy winno zostać usunięte” i zdaje się, że posłał kilka inwektyw w ich kierunku.
Gdy zaczął się rozkręcać, Brenna westchnęła, wysuwając się nieco przed Sebastiana i prawą ręką sięgając po różdżkę. Przeczuwała, że oto nadchodzi moment, gdy pan Rose albo pan Gamp, kimkolwiek teraz był, zacznie ciskać przedmiotami.
– Czego potrzeba by stwierdzić, czy jest opętany? – spytała możliwie cicho, ale pan Rose chyba ją usłyszał i nie spodobało się mu, że doszli do takich wniosków. Albo miał po prostu ochotę czymś rzucić. Porwał wazon, który stał na pobliskiej szafce i rzucił w ich kierunku, a Brenna w ostatniej chwili zdążyła rzucić protego.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.