Zastanowił się nad tym określeniem. Dość szybko całkowicie porzucił dziecięce zabawy na rzecz książek zdecydowanie nie przeznaczonych dla kogoś w jego wieku.
— Tak, można to tak określić.
Prawdę mówiąc czuł się staro, jakby wyczekiwał swojego pogrzebu każdego kolejnego dnia. Budził się z zaskoczeniem kolejnej porcji czasu danej mu od losu. Raz już prawie odszedł z tego świata. Pragnienie wykorzystania nowej szansy skończyła się śmiercią żony. Czuł oddech kostuchy na karku, która co chwila płatała mu figle.
Rodzina Cynthii szybko zapomni o niedoszłym nowym członku rodziny. Martin wiedział to. Swoimi słowami chciał tylko podkreślić jak szybko do porządku dziennego przechodzi rodzina Sue, nawet po takiej tragedii. Ale nie zamierzał również kontynuować tego wątku.
— Życzę powodzenia w tej kwestii — odpowiedział szczerze. Nie podobała mu się idea aranżowanych małżeństw, szczególnie, gdy zainteresowani w ogóle nie byli przychylni takiej kolei rzeczy. Sam dał temu szansę. Jego bierność nigdy nie dokonałaby żadnej zmiany w życiu. Takie małżeństwo zmuszała go do przystosowania się do nowej sytuacji, o czym w pewnym sensie marzył. Ale i tym nie dano mu się nacieszyć.
— Nie, Edward był nikim ważnym. Pochowają go wkrótce, gdy Mistrz Ceremonii wystarczająco się znudzi i przypomni wszystkim o celu przyjęcia.
Czuł na sobie spojrzenie Cynthii. Przyzwyczajony był do tego. Sam wybrał sobie taki los. Nie zgodził się na całkowite uleczenie ran. Pamiątka przypominała mu, co przeżył i w imię czego. A może po prostu miał nadzieję, że dzięki temu wyróżni się z tłumu? Przyciągnie do siebie ludzką ciekawość? Zostanie zauważony? Jednocześnie nie używał blizn jako pretekstu do pogawędki. Zdawał sobie sprawę, że dla wielu osób, szczególnie dam, jego lico stanowiło nieprzyjemną zagadkę odkrywania całkiem przystojnej twarzy zrażonej szkaradztwem.
— Wybacz za ten przykry widok — mruknął wpasowując się w grzeczne i kulturalne normy.