Martin nie myślał wiele o tym, co się wydarzyło na Beltane. Zdmuchnięcie przez wiatr w głębię lasu uznał za szczęśliwy zbieg okoliczności. Wszystko, co stało się potem, bezsprzecznie stanowiło lepsze zakończenie wieczoru niż tragedia, z jaką zmagała się reszta czarodziejów na polanie. Dziw brał, że los oszczędził mu kolejnej traumy. Nie, żeby drastyczna śmierć ghoula nie nawiedzała go w snach.
Wrócił do pracy, do monotonii dnia. Czasem tylko myśli uciekały mu do pewnej iskrzącej energią reporterki. Chciał do niej napisać. Może nawet zaaranżować spotkanie. Ale nie potrafił. Czuł się głupio ze swoją potrzebą. Zmuszał się do czekania na list od niej. Miała mu pokazać zrobione na Beltane zdjęcia. Ale teraz pewnie za bardzo była zajęta wydarzeniami w Dolinie Godryka, by pamiętać o tym. A on nie chciał jej w niczym przeszkadzać.
Co jakiś czas zakładał magiczny pierścień nadający tęczowy blask jego włosom. Urzekające było wpatrywanie się w mieniące kolory na dotychczas martwo czarnej powierzchni. Siedział teraz przy biurku obracając w palcach niezwykłą biżuterię i rozważając kolejny maraton barw, gdy jego spokój został zaburzony.
Służąca państwa Crouch z przemiłym uśmiechem powitała Sarę. Martin prawie w ogóle nie miał gości, tak więc był to dzień wielce szczęśliwy.
— Tak, tak, zapraszam.
Z podekscytowaniem zaprosiła uroczą panienkę na piętro. Postacie z portretów z ciekawością wpatrywały się w kapłankę. Stanowiła niezwykły widok w domostwie odwiedzanym głównie przez tradycyjnie ubranych czarodziejów. Służąca zapukała do jednych z drzwi.
— Panie Crouch, ma pan klientkę.
Martina zamurowało na moment. Jego praca była przez wielu uważana za tak mało istotną, że zazwyczaj współpraca odbywała się przez kontakt pocztowy. Osobiste wizyty składano przy specjalnych zamówieniach, lub gdy klient nie miał jak przesłać ogromnie ciężkiej księgi.
— Proszę! — Odpowiedział z głosem oblanym nutą zaskoczenia.
Wyprostował się na krześle, gdy służąca otworzyła drzwi, by wprowadzić Sarę do środka.
Gabinet nie był duży. Trzy ściany pokryto regałami zapchanymi książkami. Naprzeciwko wejścia stało duże biurko, a za nim siedział Martin na tle burgundowych zasłon dozujących ilość światła słonecznego w pomieszczeniu.
— Dzień dobry — przywitał się wstając. Wskazał na krzesło ustawione po przeciwnej stronie biurka. Drewniane, wyściełane materiałem z fantazyjnym wzorem.
W pierwszej chwili nie poznał kapłanki. Dopiero po chwili jej niezwykła prezencja zaczęła przypominać o sobie.