11.06.2023, 13:43 ✶
Victoria próbująca oczyścić swój umysł z wpływów z zewnątrz musiała pogodzić się ze smakiem porażki – bo te wszystkie sceny, których doświadczała, wcale nie chciały zniknąć. Nie słyszała już żadnych podszeptów, nie czuła nagłej potrzeby wbiegnięcia w jakieś miejsce, zrobienia czegoś. Kontrolowała swoje ciało, swój umysł, swoje poczynania, ale wciąż widziała. I wszyscy inni też widzieli, te postacie kształtujące się w ogniu, te płomienie tańczące wokół Śmierciożerców.
Patricku, widziałeś ich pomiędzy tymi płomieniami dosyć wyraźnie. Śmierciożercę rzucającego jakieś zaklęcie i Lorda Voldemorta kontrolującego ten ogień kamieniem wykradzionym z domu rodziny Shafiq. Skała, która rzekomo pochodziła z kosmosu, była opleciona tym, co Voldemort czerpał z ziemi wraz z błękitnymi płomieniami – jasnymi nićmi, przywodzącymi ci na myśl, przynajmniej kolorystycznie, odcień szarości, z jakich zbudowane były ciała duchów.
- Cierpliwość jest cnotą, Victorio. Powinnaś rozumieć to, skoro doszłaś do kresu swojego materialnego istnienia. Jak inaczej oddawać się sztuce alchemicznej, niż dając substancjom czas?
- Tak skupiony, tak oddany sprawie, nawet do swojej ostatniej chwili... Zawsze będziesz moim synem, nawet gdybyś bardzo tego nie chciał.
- Nie jestem złudzeniem, po prostu wszyscy doznaliśmy końca, Mavelle. Nie musisz już przejmować się tym wszystkim, co zajmuje twoją głowę, możemy zaznać spokoju.
Złapali was za przedramiona i wtedy poczuliście się dziwnie. Momentalnie zasłabliście, oddając się uczuciu słabości, ale i spokoju. I na ten krótki moment to wydawało się takie proste – pójść tam z nimi i zobaczyć co jest dalej, ale z marazmu wyrwały was ich wspomnienia.
Victoria ujrzała swoją babkę, ostrożnie przenoszącą ciemnoczerwony kamień do rąk nieznanego jej mężczyzny. Stworzyła coś, czuła dumę i chciała podzielić się tym z kimś jej bliskim. Kim był ten starzec...? Pochyliłaś się nad tym kamieniem i zobaczyłaś w nim wir. Nowe doświadczenia pozwoliły ci zrozumieć, że była to płynąca w nim energia.
Patrick ujrzał samego Grindelwalda, od dołu, tak jakby klęczał. Wyglądał niemal tak samo jak na zdjęciu, które widziałeś w gazecie, ale jego oczy były inne – czuł dumę, podawał ci rękę, aby pomóc ci wstać z kolan.
Mavelle ujrzała Śmierciożerców. Jeden z nich, niemal zwierzęco rozwścieczony, ciskał zaklęciami, od których zapachu robiło ci się niedobrze. I to mógł być jakikolwiek wieczór, gdyby nie to, że dostrzegłaś rozwieszone wokół latarenki Beltane, płonące od żywego ognia zajmującego coraz większą liczbę drzew. To było świeże wspomnienie.
Wszystkie te myśli były tak realne, tak namacalne, jakbyście stali się jednym i wtedy to do was dotarło – byliście jednym, a ten ogień was wciągał. Od was zależało, czy zechcecie utonąć w tych wspomnieniach, czy odwrócić ten cykl – czuliście energię przepływającą przez swoje ciała, gdybyście tylko odwrócili ten wir, moglibyście odzyskać to, co już utraciliście. A jeżeli nie? To co, znikniecie, tak po prostu tu i teraz, chociaż przed chwilą mówiliście, że chcecie zachować swoje życie?
- Jakież to odrealnione uczucie... Słyszeć ich wszystkich, wszystkie te historie... – rzekł Voldemort, a Louvain mógł wreszcie poczuć, że faktycznie – znowu coś słyszał, ale tym razem nie podszepty do swoich uszu. Słyszał dźwięki, słowa – różne wspomnienia rozmów, płynące z jego wnętrza, rozbrzmiewające w jego głowie niczym szum. Mógłbyś w tym utonąć, gdyby nie fakt, że momentalnie zapiekło cię przedramię. To Czarny Pan dawał Śmierciożercom sygnał do ucieczki z Polany Ognisk, a to znaczyło, że jego cel dobiegał kresu.
Tarcza Louvaina odbiła pierwsze z zaklęć wycelowanych w niego przez Mavelle. Druga – pękła, przepuszczając błysk światła, to jednak zostało skutecznie wyciszone przez zaklęcie Lorda Voldemorta. Czarnoksiężnik nie zrobił jednak nic więcej.
Ogień krążący wokół nich ucichł. Kurczył się i kurczył, aż wreszcie wrócił do swoich normalnych rozmiarów – do rozmiarów niskiego, łysego krzewu, który porastał swoimi płomieniami niczym liście. Kiedy opadł, kiedy ten wir przestał krążyć wokół nich, zorientowaliście się, że obok stała jeszcze dwójka Śmierciożerców, ale otumanieni nie wymierzyli w was żadnego ciosu. Snuli się wokół, trzymając się za zamaskowane głowy, jakby nie wiedzieli, co robić, jakby ten chaos wżarł się do ich umysłów i nie chciał ich opuścić.
Obraz wokół was się rozsypał. Wszystkie drzewa znajdujące się nieopodal, zostały wciągnięte do wiru, ten zaś – utkwił w kamieniu runicznym, który drżał teraz i próbował wyswobodzić się z ręki Czarnego Pana. Czarnoksiężnik walczył z tym przez moment, ale w końcu puścił. Ten potoczył się po ziemi i dygotał, kręcąc się wokół płonącego krzewu niczym księżyc wokół swojej planety.
Spadałeś w bezkresną przepaść, w której widziałeś jedynie ciemność. Wokół ciebie nie było nic, oprócz tej nicości i leciałeś już tak długo, że mogło pojawić się w tobie silne zwątpienie, czy na pewno dobrze zrobiłeś wkraczając w żar tych ognisk. Pamiętałeś, jak wchodzisz do środka, jak rozżarzone drewno pali twoje stopy, a potem spadałeś w dół, jakby zarwała się pod tobą ziemia.
I spadałeś.
I spadałeś.
Nagle, po dobrych kilkunastu minutach, usłyszałeś kobiecy głos.
„Nie powinno cię tu być”, szepnął, a po dłuższej przerwie dodał: „a jednak jesteś”.
I znów nastała cisza. Jeszcze kilka minut bezwładnego spadania, nim uderzyłeś ciałem o taflę wody. Wyłoniłeś się ze strumienia w tym samym miejscu co Mavelle, Patrick i Victoria. Całkowicie przemoczony, widziałeś wyraźnie po śladach na wilgotnej ziemi, że nie byłeś pierwszą osobą, która wylądowała w tym miejscu – w bajkowej oazie, w której nic nie miało sensu, w której musiałeś minąć wiele dziwactw, nim dojrzałeś największe z nich – martwą kobietę leżącą na posłaniu z drewna i kamieni, otoczoną przez trzy, wielkie basiory... o ile dało się tak nazwać karykaturalne stwory porośnięte mchem i korą.
„Czuję twój ból, czuję to, jak twoja dusza pulsuje, ale to nie był czas na twoje przybycie, Atreusie. Zawróć, póki jeszcze możesz to zrobić” „lub spiesz się, zanim ostatnia z prób sprawi, że nigdy nie powrócisz do tego, co zostawiłeś za sobą”.
Twoje ciało nie było poparzone, twoje ręce nie były połamane, ale czułeś się słaby. Czułeś, jak opuszcza cię życie.
Patricku, widziałeś ich pomiędzy tymi płomieniami dosyć wyraźnie. Śmierciożercę rzucającego jakieś zaklęcie i Lorda Voldemorta kontrolującego ten ogień kamieniem wykradzionym z domu rodziny Shafiq. Skała, która rzekomo pochodziła z kosmosu, była opleciona tym, co Voldemort czerpał z ziemi wraz z błękitnymi płomieniami – jasnymi nićmi, przywodzącymi ci na myśl, przynajmniej kolorystycznie, odcień szarości, z jakich zbudowane były ciała duchów.
- Cierpliwość jest cnotą, Victorio. Powinnaś rozumieć to, skoro doszłaś do kresu swojego materialnego istnienia. Jak inaczej oddawać się sztuce alchemicznej, niż dając substancjom czas?
- Tak skupiony, tak oddany sprawie, nawet do swojej ostatniej chwili... Zawsze będziesz moim synem, nawet gdybyś bardzo tego nie chciał.
- Nie jestem złudzeniem, po prostu wszyscy doznaliśmy końca, Mavelle. Nie musisz już przejmować się tym wszystkim, co zajmuje twoją głowę, możemy zaznać spokoju.
Złapali was za przedramiona i wtedy poczuliście się dziwnie. Momentalnie zasłabliście, oddając się uczuciu słabości, ale i spokoju. I na ten krótki moment to wydawało się takie proste – pójść tam z nimi i zobaczyć co jest dalej, ale z marazmu wyrwały was ich wspomnienia.
Victoria ujrzała swoją babkę, ostrożnie przenoszącą ciemnoczerwony kamień do rąk nieznanego jej mężczyzny. Stworzyła coś, czuła dumę i chciała podzielić się tym z kimś jej bliskim. Kim był ten starzec...? Pochyliłaś się nad tym kamieniem i zobaczyłaś w nim wir. Nowe doświadczenia pozwoliły ci zrozumieć, że była to płynąca w nim energia.
Patrick ujrzał samego Grindelwalda, od dołu, tak jakby klęczał. Wyglądał niemal tak samo jak na zdjęciu, które widziałeś w gazecie, ale jego oczy były inne – czuł dumę, podawał ci rękę, aby pomóc ci wstać z kolan.
Mavelle ujrzała Śmierciożerców. Jeden z nich, niemal zwierzęco rozwścieczony, ciskał zaklęciami, od których zapachu robiło ci się niedobrze. I to mógł być jakikolwiek wieczór, gdyby nie to, że dostrzegłaś rozwieszone wokół latarenki Beltane, płonące od żywego ognia zajmującego coraz większą liczbę drzew. To było świeże wspomnienie.
Wszystkie te myśli były tak realne, tak namacalne, jakbyście stali się jednym i wtedy to do was dotarło – byliście jednym, a ten ogień was wciągał. Od was zależało, czy zechcecie utonąć w tych wspomnieniach, czy odwrócić ten cykl – czuliście energię przepływającą przez swoje ciała, gdybyście tylko odwrócili ten wir, moglibyście odzyskać to, co już utraciliście. A jeżeli nie? To co, znikniecie, tak po prostu tu i teraz, chociaż przed chwilą mówiliście, że chcecie zachować swoje życie?
- Jakież to odrealnione uczucie... Słyszeć ich wszystkich, wszystkie te historie... – rzekł Voldemort, a Louvain mógł wreszcie poczuć, że faktycznie – znowu coś słyszał, ale tym razem nie podszepty do swoich uszu. Słyszał dźwięki, słowa – różne wspomnienia rozmów, płynące z jego wnętrza, rozbrzmiewające w jego głowie niczym szum. Mógłbyś w tym utonąć, gdyby nie fakt, że momentalnie zapiekło cię przedramię. To Czarny Pan dawał Śmierciożercom sygnał do ucieczki z Polany Ognisk, a to znaczyło, że jego cel dobiegał kresu.
Tarcza Louvaina odbiła pierwsze z zaklęć wycelowanych w niego przez Mavelle. Druga – pękła, przepuszczając błysk światła, to jednak zostało skutecznie wyciszone przez zaklęcie Lorda Voldemorta. Czarnoksiężnik nie zrobił jednak nic więcej.
Ogień krążący wokół nich ucichł. Kurczył się i kurczył, aż wreszcie wrócił do swoich normalnych rozmiarów – do rozmiarów niskiego, łysego krzewu, który porastał swoimi płomieniami niczym liście. Kiedy opadł, kiedy ten wir przestał krążyć wokół nich, zorientowaliście się, że obok stała jeszcze dwójka Śmierciożerców, ale otumanieni nie wymierzyli w was żadnego ciosu. Snuli się wokół, trzymając się za zamaskowane głowy, jakby nie wiedzieli, co robić, jakby ten chaos wżarł się do ich umysłów i nie chciał ich opuścić.
Obraz wokół was się rozsypał. Wszystkie drzewa znajdujące się nieopodal, zostały wciągnięte do wiru, ten zaś – utkwił w kamieniu runicznym, który drżał teraz i próbował wyswobodzić się z ręki Czarnego Pana. Czarnoksiężnik walczył z tym przez moment, ale w końcu puścił. Ten potoczył się po ziemi i dygotał, kręcąc się wokół płonącego krzewu niczym księżyc wokół swojej planety.
Lou, twoja karta postaci została edytowana przez mistrza gry.
Część dla Atreusa
Spadałeś w bezkresną przepaść, w której widziałeś jedynie ciemność. Wokół ciebie nie było nic, oprócz tej nicości i leciałeś już tak długo, że mogło pojawić się w tobie silne zwątpienie, czy na pewno dobrze zrobiłeś wkraczając w żar tych ognisk. Pamiętałeś, jak wchodzisz do środka, jak rozżarzone drewno pali twoje stopy, a potem spadałeś w dół, jakby zarwała się pod tobą ziemia.
I spadałeś.
I spadałeś.
Nagle, po dobrych kilkunastu minutach, usłyszałeś kobiecy głos.
„Nie powinno cię tu być”, szepnął, a po dłuższej przerwie dodał: „a jednak jesteś”.
I znów nastała cisza. Jeszcze kilka minut bezwładnego spadania, nim uderzyłeś ciałem o taflę wody. Wyłoniłeś się ze strumienia w tym samym miejscu co Mavelle, Patrick i Victoria. Całkowicie przemoczony, widziałeś wyraźnie po śladach na wilgotnej ziemi, że nie byłeś pierwszą osobą, która wylądowała w tym miejscu – w bajkowej oazie, w której nic nie miało sensu, w której musiałeś minąć wiele dziwactw, nim dojrzałeś największe z nich – martwą kobietę leżącą na posłaniu z drewna i kamieni, otoczoną przez trzy, wielkie basiory... o ile dało się tak nazwać karykaturalne stwory porośnięte mchem i korą.
„Czuję twój ból, czuję to, jak twoja dusza pulsuje, ale to nie był czas na twoje przybycie, Atreusie. Zawróć, póki jeszcze możesz to zrobić” „lub spiesz się, zanim ostatnia z prób sprawi, że nigdy nie powrócisz do tego, co zostawiłeś za sobą”.
Twoje ciało nie było poparzone, twoje ręce nie były połamane, ale czułeś się słaby. Czułeś, jak opuszcza cię życie.
Wszystkim w sesji liczbę akcji na post zmniejszam do jednej.