11.06.2023, 16:31 ✶
Próba spełzła na niczym. Posmak goryczy stawał się coraz silniejszy; trafili tu w pogoni za Voldemortem, a koniec końców nie mogła się pozbyć wrażenia, że wszystko okazywało się daremne. Że cokolwiek robiła – robili – było spóźnione. Skazane na porażkę.
I po co to wszystko było…? Ryzykowali w sposób, o jakim się nawet nie śniło, a i tak jedyne, co pozostawało, to patrzenie, jak podejmowane wysiłki w ostatecznym rozrachunku… cóż. Nie udało się ich związać, nie udało się przerwać tego, co robili, nie udało się, najwyraźniej, zapobiec niczemu.
A co gorsza…
Nie jestem złudzeniem. Naprawdę miała do czynienia z Derwinem? Wujka nie powinno tu przecież być! … tak samo jak i jej, Victorii, Patricka. I wielu innych, zapewne, tych, co przybyli na Beltane. Wiedziała przecież, jaki finał może mieć ta noc, wiedziała, że wszyscy, którzy się tam pojawią, będą ryzykować. Że świt nowego dnia może zastać rodziny Longbottom i Bones – oraz wiele innych, oczywiście – w składzie boleśnie pomniejszonym.
- Nie – wykrztusiła cicho, protestując. Przeciwko zaznaniu spokoju – wiedziała wszak, iż ma jeszcze zbyt wiele do zrobienia, przeciwko wizji, nadal zaprzeczając, iż, nie chcąc przyjąć do wiadomości, iż ojciec kuzynek… na Matkę, jak ona to przekaże?! O ile już go nie znaleźli. I jeszcze ten smród zaklęć, skręcający się niemiłosiernie żołądek, żal, zaprzeczenie, złość. Dlaczego? Na niektóre pytania nie istniała odpowiedź. I koniec końców protestowała też przed zlaniem się z ogniem w jedno.
Zbyt wiele miała jeszcze do zrobienia. Zbyt wiele walk do stoczenia. Tu ponieśli porażkę, tego była pewna, ale przegrana bitwa nie oznaczała przegranej wojny. Ta wciąż trwała, tego była pewna…
… choć to nie tak, że poddanie się nie kusiło. To było takie proste. Wystarczyło nie robić nic, zatopić się w tych wszystkich wspomnieniach, które widziała, czuła, wystarczyło popłynąć na fali energii, jaką czuła, jaką… mogła na pewien sposób dotknąć?
Oddychała coraz ciężej, usiłując się skupić. Chciała… tak wiele rzeczy chciała. Wszystko zdawało się przepływać przez palce niczym piasek. Cokolwiek chciała, jak podejrzewała, nie urzeczywistni się, jeśli ulegnie ogniowi. Jeśli się mu podda, rozpłynie w nim. Cokolwiek chciała… musiało poczekać. Voldemort, kamień, krążący śmierciożercy…
… poczucie niesprawiedliwości narastało. Jak i wiele innych emocji. Ale odpuściła. Nie rzuciła się w stronę wrogów, gotowa rozszarpać ich choćby gołymi rękoma, nie. Zamiast tego skoncentrowała się na wyczuwanym wirze, próbując odwrócić cykl i odzyskać, co utraciła. Jedno było pewne: teraz nie mogła się poświęcić, nie, gdy w ten sposób nie ochroniłaby już niczego.
A walka przecież wciąż musiała trwać.
I po co to wszystko było…? Ryzykowali w sposób, o jakim się nawet nie śniło, a i tak jedyne, co pozostawało, to patrzenie, jak podejmowane wysiłki w ostatecznym rozrachunku… cóż. Nie udało się ich związać, nie udało się przerwać tego, co robili, nie udało się, najwyraźniej, zapobiec niczemu.
A co gorsza…
Nie jestem złudzeniem. Naprawdę miała do czynienia z Derwinem? Wujka nie powinno tu przecież być! … tak samo jak i jej, Victorii, Patricka. I wielu innych, zapewne, tych, co przybyli na Beltane. Wiedziała przecież, jaki finał może mieć ta noc, wiedziała, że wszyscy, którzy się tam pojawią, będą ryzykować. Że świt nowego dnia może zastać rodziny Longbottom i Bones – oraz wiele innych, oczywiście – w składzie boleśnie pomniejszonym.
- Nie – wykrztusiła cicho, protestując. Przeciwko zaznaniu spokoju – wiedziała wszak, iż ma jeszcze zbyt wiele do zrobienia, przeciwko wizji, nadal zaprzeczając, iż, nie chcąc przyjąć do wiadomości, iż ojciec kuzynek… na Matkę, jak ona to przekaże?! O ile już go nie znaleźli. I jeszcze ten smród zaklęć, skręcający się niemiłosiernie żołądek, żal, zaprzeczenie, złość. Dlaczego? Na niektóre pytania nie istniała odpowiedź. I koniec końców protestowała też przed zlaniem się z ogniem w jedno.
Zbyt wiele miała jeszcze do zrobienia. Zbyt wiele walk do stoczenia. Tu ponieśli porażkę, tego była pewna, ale przegrana bitwa nie oznaczała przegranej wojny. Ta wciąż trwała, tego była pewna…
… choć to nie tak, że poddanie się nie kusiło. To było takie proste. Wystarczyło nie robić nic, zatopić się w tych wszystkich wspomnieniach, które widziała, czuła, wystarczyło popłynąć na fali energii, jaką czuła, jaką… mogła na pewien sposób dotknąć?
Oddychała coraz ciężej, usiłując się skupić. Chciała… tak wiele rzeczy chciała. Wszystko zdawało się przepływać przez palce niczym piasek. Cokolwiek chciała, jak podejrzewała, nie urzeczywistni się, jeśli ulegnie ogniowi. Jeśli się mu podda, rozpłynie w nim. Cokolwiek chciała… musiało poczekać. Voldemort, kamień, krążący śmierciożercy…
… poczucie niesprawiedliwości narastało. Jak i wiele innych emocji. Ale odpuściła. Nie rzuciła się w stronę wrogów, gotowa rozszarpać ich choćby gołymi rękoma, nie. Zamiast tego skoncentrowała się na wyczuwanym wirze, próbując odwrócić cykl i odzyskać, co utraciła. Jedno było pewne: teraz nie mogła się poświęcić, nie, gdy w ten sposób nie ochroniłaby już niczego.
A walka przecież wciąż musiała trwać.