17.06.2023, 12:21 ✶
Ten uśmiech! Zabolało mocniej. Kiedyś… kiedyś go widywała często, kiedyś sama go wywoływała, teraz zaś… och, jak dawno nie widziała takiego wyrazu twarzy swojej siostry. Swojej – a jednak nie miała już prawa jej tak nazywać. Inne ciało, inna krew, zerwana przez śmierć więź. Chyba jedyne, co je teraz łączyło, to wspomnienia i związane z nimi pragnienia. Niby wystarczyłoby tylko po nie sięgnąć, ale och! Gdyby to było takie proste! Gdyby tylko…
- Naprawdę nie ma za co – stwierdziła miękko, starając się ze wszystkich sił mówić normalnie. Wyglądać normalnie. Nie rozsypać się na nieskończoną ilość kawałeczków, które rozniósłby wiatr na wszystkie możliwe możliwe strony, jak najdalej stąd. Tam, gdzie nawet nie sięgała myślą.
Cholerne jajko. Cholerna chęć znalezienia się blisko siostry, cholerna Ostara. Tak bardzo nie tak powinno to wszystko wyglądać – przecież w istocie był to czas, kiedy normalnie znajdowałyby się razem w lesie. Kiedy razem szukałyby pochowanych czekoladek, mimo iż już dość dawno opuściły ten dziecięcy wiek, w którym właśnie hasało beztrosko. Wszelkie kłopoty odpływały hen, daleko, istniało tylko tu i teraz. Tyle że już nie było Stelli i Clare. Już nie było dwóch sióstr, chichoczących pomiędzy drzewami.
Była Stella i Alanna – tak bardzo sobie obce, jak to było możliwe w czarodziejskim świecie. Och, gdyby śmierć odebrała również i pamięć! Gdyby… wtedy z pewnością łatwiej byłoby odnaleźć się w tym świecie, łatwiej przetrwać i… nie musieć tak cierpieć.
Choć to podobno ból świadczył o tym, iż żyło się naprawdę. Podobno. Z drugiej strony, to jednak była dość samolubna myśl. Wszak teraz obie niosły swój ciężar, a gdyby faktycznie poprzednie życie rozwiało się w mrokach niepamięci, to nadal pozostawałaby młodsza z sióstr Avery. Nadal myśląca, iż starsza targnęła się na swoje życie – choć to nie tak przecież było. Morderstwo doskonałe, można rzec – bo przecież brakowało śladów obcej ingerencji. Morderstwo, które przypadkiem przydarzyło się wręcz w idealnym czasie – bo tak łatwo było zawyrokować, że ta uśmiechnięta blondyneczka w ten sposób sprzeciwiła się losowi, jaki zgotowali jej rodzice. Bądź też nie udźwignęła – o czym naprawdę mało kto wiedział – zerwania relacji przez ukochanego.
Choć to też zakrawało na swego rodzaju ironię – w końcu jeśli kogoś prawdziwie się kochało, to robiło wszystko, by pozostać przy nim, a nie dać się poprowadzić niczym bydlę na rzeź, prawda…? Ot, stara i głupia, jak się okazywało.
Zostałam sama. Nawet nie zauważyła, kiedy zacisnęła mocno dłoń w pięść – bardzo mocno, tak, że paznokcie wbiły się w skórę. Ból otrzeźwiał – dobrze, bo niewiele brakowało, żeby się złamała. Coś, do czego nie mogła dopuścić, za wszelką cenę. Bo tak, chciała teraz mocno do siebie przytulić Stellę. Chciała jej szepnąć na ucho, że nie jest sama, nigdy nie będzie, że siostra zawsze nad nią czuwa, nawet jeśli nie jest w stanie tego zauważyć. Że stara się – nadal – choć trochę ją chronić. Było to trudne, owszem, prawie niemożliwe, zwłaszcza jeśli łączyć to z faktem, iż musiała pozostawać niezauważona. Chciała zdjąć choć trochę ciężaru z barków Avery, najlepiej cały, ale… nie mogła.
Przynajmniej jeszcze nie, bo – jak miała nadzieję – kiedyś jednak uda się spełnić marzenie, które nosiła głęboko w sobie. Jedno z co najmniej dwóch.
Zamiast tego wszystkiego, zmusiła się do posłania kolejnego uśmiechu. Uprzejmego, ciepłego, może nawet nieco współczującego. Coś, na co prawdziwa Carrow raczej nie powinna była się zdobyć.
- Nigdy nie będziesz sama – wyrzekła cicho, starając się zignorować charakterystyczny ucisk w gardle. I koniec końców, jednak nie wytrzymała. Nagle mocno przytuliła do siebie Stellę, czując przy tym, jak w jej własnych oczach wzbierają łzy. I choć chciała, by ta chwila trwała wieczność, to tak nie mogło pozostać. Nie wypuszczając dziewczyny z objęć ostrożnie wygrzebała z rękawa różdżkę. Subtelny gest i…
… chwilę później znikała w tłumie, pozostawiając Avery z pewną plamą w pamięci.
Odkryj wiadomość pozafabularną
- Naprawdę nie ma za co – stwierdziła miękko, starając się ze wszystkich sił mówić normalnie. Wyglądać normalnie. Nie rozsypać się na nieskończoną ilość kawałeczków, które rozniósłby wiatr na wszystkie możliwe możliwe strony, jak najdalej stąd. Tam, gdzie nawet nie sięgała myślą.
Cholerne jajko. Cholerna chęć znalezienia się blisko siostry, cholerna Ostara. Tak bardzo nie tak powinno to wszystko wyglądać – przecież w istocie był to czas, kiedy normalnie znajdowałyby się razem w lesie. Kiedy razem szukałyby pochowanych czekoladek, mimo iż już dość dawno opuściły ten dziecięcy wiek, w którym właśnie hasało beztrosko. Wszelkie kłopoty odpływały hen, daleko, istniało tylko tu i teraz. Tyle że już nie było Stelli i Clare. Już nie było dwóch sióstr, chichoczących pomiędzy drzewami.
Była Stella i Alanna – tak bardzo sobie obce, jak to było możliwe w czarodziejskim świecie. Och, gdyby śmierć odebrała również i pamięć! Gdyby… wtedy z pewnością łatwiej byłoby odnaleźć się w tym świecie, łatwiej przetrwać i… nie musieć tak cierpieć.
Choć to podobno ból świadczył o tym, iż żyło się naprawdę. Podobno. Z drugiej strony, to jednak była dość samolubna myśl. Wszak teraz obie niosły swój ciężar, a gdyby faktycznie poprzednie życie rozwiało się w mrokach niepamięci, to nadal pozostawałaby młodsza z sióstr Avery. Nadal myśląca, iż starsza targnęła się na swoje życie – choć to nie tak przecież było. Morderstwo doskonałe, można rzec – bo przecież brakowało śladów obcej ingerencji. Morderstwo, które przypadkiem przydarzyło się wręcz w idealnym czasie – bo tak łatwo było zawyrokować, że ta uśmiechnięta blondyneczka w ten sposób sprzeciwiła się losowi, jaki zgotowali jej rodzice. Bądź też nie udźwignęła – o czym naprawdę mało kto wiedział – zerwania relacji przez ukochanego.
Choć to też zakrawało na swego rodzaju ironię – w końcu jeśli kogoś prawdziwie się kochało, to robiło wszystko, by pozostać przy nim, a nie dać się poprowadzić niczym bydlę na rzeź, prawda…? Ot, stara i głupia, jak się okazywało.
Zostałam sama. Nawet nie zauważyła, kiedy zacisnęła mocno dłoń w pięść – bardzo mocno, tak, że paznokcie wbiły się w skórę. Ból otrzeźwiał – dobrze, bo niewiele brakowało, żeby się złamała. Coś, do czego nie mogła dopuścić, za wszelką cenę. Bo tak, chciała teraz mocno do siebie przytulić Stellę. Chciała jej szepnąć na ucho, że nie jest sama, nigdy nie będzie, że siostra zawsze nad nią czuwa, nawet jeśli nie jest w stanie tego zauważyć. Że stara się – nadal – choć trochę ją chronić. Było to trudne, owszem, prawie niemożliwe, zwłaszcza jeśli łączyć to z faktem, iż musiała pozostawać niezauważona. Chciała zdjąć choć trochę ciężaru z barków Avery, najlepiej cały, ale… nie mogła.
Przynajmniej jeszcze nie, bo – jak miała nadzieję – kiedyś jednak uda się spełnić marzenie, które nosiła głęboko w sobie. Jedno z co najmniej dwóch.
Zamiast tego wszystkiego, zmusiła się do posłania kolejnego uśmiechu. Uprzejmego, ciepłego, może nawet nieco współczującego. Coś, na co prawdziwa Carrow raczej nie powinna była się zdobyć.
- Nigdy nie będziesz sama – wyrzekła cicho, starając się zignorować charakterystyczny ucisk w gardle. I koniec końców, jednak nie wytrzymała. Nagle mocno przytuliła do siebie Stellę, czując przy tym, jak w jej własnych oczach wzbierają łzy. I choć chciała, by ta chwila trwała wieczność, to tak nie mogło pozostać. Nie wypuszczając dziewczyny z objęć ostrożnie wygrzebała z rękawa różdżkę. Subtelny gest i…
… chwilę później znikała w tłumie, pozostawiając Avery z pewną plamą w pamięci.
Zaklęcie za zgodą graczki.
Postać opuszcza sesję
612/1496