Hogwart był pełen niesamowitych, niestworzonych historii i barwnych postaci. Uczniowie chętnie przekazywali sobie plotki, i jeszcze chętniej dodawali nowe elementy do starych przekazów. W temacie Marty Warren, zwanej potocznie Jęczącą Martą, Elijah słyszał już setki, a każda była bardziej niewiarygodna od poprzedniej. Nie przywiązywał wagi do szkolnych opowiastek, tak samo jak do ekscentrycznych duchów zamieszkujących Hogwart. Odkąd na pierwszym roku rozzłościł Krwawego Barona zbyt głośnym śmiechem i padł ofiarą jego straszenia, starał się trzymać od zagubionych dusz z daleka.
Nigdy, nawet w najbardziej śmiałych założeniach nie przypuszczałby, że z własnej woli złoży wizytę duchowi.
Ten wieczór nie różnił się zbyt wiele od wszystkich poprzednich. Jak zwykle, młody Burke siedział razem z kolegami w pokoju wspólnym i próbował dokończyć wyjątkowo żmudne wypracowanie na lekcje historii magii. Ciągłe śmiechy, słowne przepychanki i generalnie atmosfera rozbawienia nie sprzyjały nauce, dlatego szybko odłożył pióro i już po chwili przyłączył się do wyjątkowo głośnej dyskusji na temat ostatniego meczu quidditcha Ślizgonów. Nawet nie wiedział, kiedy rozmowa przeszła na niedawny incydent z udziałem pierwszorocznej z ich domu. Słuchał więc opowieści kolegów o tym, że biedna Cornelia postanowiła skorzystać z toalety dla dziewcząt na pierwszym piętrze i spotkała ducha Marty Warren. Zwykle niespokojna dusza zabitej dziewczyny nie czyniła nic poza niegroźnymi psikusami, lecz mieszkanka domu Węża wylądowała w skrzydle szpitalnym. Atmosfera rozmowy zmieniła się diametralnie; rozbawienie i rozluźnienie sprzed chwili zniknęło bezpowrotnie.
Wiedział, że nie powinien się odzywać, ale nagle odnalazł w sobie pokłady zaskakującej opiekuńczości wobec młodszych i słabszych. Ktoś – chyba któryś z braci Parkinson, ale nie był pewien w chaosie dyskusji – rzucił hasłem, że Yaxley i Burke po prostu się boją; a to przelało czarę goryczy. Kuzyn Logana był również przyjacielem dla Elijaha, i wszelkie oszczerstwa przyjmował wyjątkowo personalnie. Od tego momentu nie było odwrotu; postanowili wspólnie zbadać tą paskudną sprawę, by nie przegrać zakładu – i, oczywiście, pomóc biednej Cornelii.
Opuścili bezpieczne Lochy i ruszyli w kierunku nawiedzanej przez Martę toalety. Korytarze o tej porze były zupełnie puste. Dziwnie było kroczyć po tym potężnym zamku tylko we dwójkę; Elijah mimowolnie rozglądał się na boki, zupełnie jakby udzieliło mu się zdenerwowanie kolegi. Zerknął na Theona, gdy ten zabrał głos, i z powagą skinął głową na znak, że ta historia również nie była mu obca.
- Nie dość, że martwa, to nawet po śmierci ma fatalny gust – mruknął cicho, rzuciwszy komentarzem wyjątkowo nie na miejscu; ale zwyczajnie nie przemyślał tych słów, zbyt skupiony na dotarciu do celu. – Słyszałem, że niedawno doprowadziła jakąś małą Krukonkę do płaczu. Opowiadała o oczach, które widziała, zanim… No wiesz – sugestywnie przesunął palcem po gardle.
Zanim zmarła.
Zatrzymali się przed wejściem do toalety. Gdy Theon rzucił hasłem, Elijah przytaknął i czekał, aż towarzysz ruszy do przodu – ale nic takiego się nie wydarzyło. Przez chwilę patrzyli to na drzwi, to na siebie – nagle niepewni celu tej dziwacznej, samozwańczej misji, i własnego w niej udziału. W końcu Burke wyprostował się nieznacznie i wziął głęboki wdech, dodając sobie kurażu.
- Dobra, plan jest taki. Wchodzimy, stanowczo wyjaśniamy sprawę tej dziewczynki od nas i wracamy. Szybko, sprawnie i bezproblemowo.
W przypływie odwagi to on pierwszy ruszył do przodu, nacisnął klamkę i otworzył drzwi, wchodząc do środka raźnym, choć jednocześnie nerwowym krokiem; zerknął przez ramię na Theona i gestem przywołał kolegę do siebie. W łazience panowała ponura, iście grobowa cisza.
- Eeem… Marta? Marta Warren? Możemy… hm… pogadać?
Cichy głos Burke’a rozszedł się łagodnym echem po wnętrzu pomieszczenia; jedyną odpowiedzią był nieco zbyt donośny odgłos bulgotania z kanalizacji. Elijah otworzył szerzej oczy, wpatrując się w jedną z kabin – źródło dźwięku, który zwiastował rychłe nadejście ducha.