12.06.2023, 14:21 ✶
- Może za pierwszym razem nie chodziło o to, by cię bezpośrednio skrzywdzić, ale by zmusić do współpracy lub ukarać – podsunął obojętnie. Młody Rookwood daleki był od przeceniania własnej przydatności w Shafiqowej pracy, ale jeśli miał szukać jakiegokolwiek powiązania (jego analityczny umysł opierał się myśli, że to wszystko mógł być aż tak niewiarygodny przypadek), szukałby ich właśnie w archeologii.
I to nie tak, że jakoś szczególnie upierał się, że wszystko zaczęło się od Cathala, ale nie widział sposobu by nie było z nim powiązane. Z nim bardziej niż z nimi. Tak. Równie dobrze rodzina Lety mogła mieć wrogów, ale czy wtedy ich prześladowca zechciałby zaatakować akurat Ulyssesa? Po co miałby ryzykować przemyślanym morderstwem kogoś, kogo właściwie Crouchowie nie znali? A jego wrogowie? Pomijając, że najpewniej uciekliby się do aresztowania go i zaciągnięcia przed sąd, nie mieli żadnego interesu w atakowaniu Cathala lub Lety. O jego istnieniu może jeszcze mgliście wiedzieli, ale jej? Zamiast Lety zaatakowaliby Danielle. I z pewnością nie uciekliby się do tak podłego ataku. Ludzie prawi działali w świetle słonecznego dnia. Nie musieli skrywać się w mrokach snów, publiczne zniszczenie Rookwoodów przyniosłoby im większy zysk.
- Nie zapominaj, że byłeś obecny we wszystkich trzech snach – dodał uprzejmie.
Obszedł zawalony gazetami stół by usiąść sztywno w fotelu. Zawsze zajmował ten konkretny fotel, gdy przebywał w domu Shafiqa. Posłał poważne, pozbawione głębszego wyrazu, choć nie charakteru, spojrzenie Lecie. Ulysses był zawzięty jak mało kto i uparty. Mimo, zdawałoby się spokojnego charakteru, była w nim również jakaś skłonna do przemocy część natury, która rozbłyskała niespodziewanie i znikała pod maską sztywnego spokoju.
- Jaki interes miałby wróg jej ojca w zabiciu mnie? – zapytał a w głębi jego głosu, jak echo, pojawił się cień zniecierpliwienia. – Albo wróg mojego ojca. Jaki interes miałby w zabiciu któregokolwiek z was?
I jeszcze we śnie. Z jednej strony wyglądałoby to na morderstwo doskonałe, z drugiej… z drugiej jednak nie do końca, bo ciała nadal nosiły ślady przemocy i nadal wymagałoby sporo zachodu. Dużo więcej niż cicha avada ciśnięta w zaułku lub choćby sparaliżowanie magią i wrzucenie do stawu.
Zamyślił się, szukając w głowie wskazówek, które okazałyby się na tyle istotne, by powiedzieć o nich na głos. Wrócił wspomnieniami do tamtego dnia. Zmarszczył brwi, od razu przypominając sobie to nieprzyjemne uczucie bycia obserwowanym.
- To nie może być Quinbeck. – Westchnął, pamiętając, że tamtego dnia stali razem w stołówce. A właściwie Quinbeck stał przed Ulyssesem, gdy ten znowu poczuł się obserwowany. Nie chodziło więc nawet o tak zupełnie niepasujący wygląd, który różnił Jareda od prześladowcy, ale o to, że raczej nie mógł być w dwóch miejscach jednocześnie. – Wellington. Wellington to ten, który nazwał moje obliczenia bublem malkontenta – podsumował.
Obliczenia, które może i należały do amatora, ale były prawidłowe. Dużo lepsze od tych które sam wykonał. Ale czy to mogłoby popchnąć Finneasa do próby morderstwa? Tego młody Rookwood nie wiedział. Ludzie zabijali i za znacznie mniej niż zranione ego i znacznie więcej puszczali płazem.
I to nie tak, że jakoś szczególnie upierał się, że wszystko zaczęło się od Cathala, ale nie widział sposobu by nie było z nim powiązane. Z nim bardziej niż z nimi. Tak. Równie dobrze rodzina Lety mogła mieć wrogów, ale czy wtedy ich prześladowca zechciałby zaatakować akurat Ulyssesa? Po co miałby ryzykować przemyślanym morderstwem kogoś, kogo właściwie Crouchowie nie znali? A jego wrogowie? Pomijając, że najpewniej uciekliby się do aresztowania go i zaciągnięcia przed sąd, nie mieli żadnego interesu w atakowaniu Cathala lub Lety. O jego istnieniu może jeszcze mgliście wiedzieli, ale jej? Zamiast Lety zaatakowaliby Danielle. I z pewnością nie uciekliby się do tak podłego ataku. Ludzie prawi działali w świetle słonecznego dnia. Nie musieli skrywać się w mrokach snów, publiczne zniszczenie Rookwoodów przyniosłoby im większy zysk.
- Nie zapominaj, że byłeś obecny we wszystkich trzech snach – dodał uprzejmie.
Obszedł zawalony gazetami stół by usiąść sztywno w fotelu. Zawsze zajmował ten konkretny fotel, gdy przebywał w domu Shafiqa. Posłał poważne, pozbawione głębszego wyrazu, choć nie charakteru, spojrzenie Lecie. Ulysses był zawzięty jak mało kto i uparty. Mimo, zdawałoby się spokojnego charakteru, była w nim również jakaś skłonna do przemocy część natury, która rozbłyskała niespodziewanie i znikała pod maską sztywnego spokoju.
- Jaki interes miałby wróg jej ojca w zabiciu mnie? – zapytał a w głębi jego głosu, jak echo, pojawił się cień zniecierpliwienia. – Albo wróg mojego ojca. Jaki interes miałby w zabiciu któregokolwiek z was?
I jeszcze we śnie. Z jednej strony wyglądałoby to na morderstwo doskonałe, z drugiej… z drugiej jednak nie do końca, bo ciała nadal nosiły ślady przemocy i nadal wymagałoby sporo zachodu. Dużo więcej niż cicha avada ciśnięta w zaułku lub choćby sparaliżowanie magią i wrzucenie do stawu.
Zamyślił się, szukając w głowie wskazówek, które okazałyby się na tyle istotne, by powiedzieć o nich na głos. Wrócił wspomnieniami do tamtego dnia. Zmarszczył brwi, od razu przypominając sobie to nieprzyjemne uczucie bycia obserwowanym.
- To nie może być Quinbeck. – Westchnął, pamiętając, że tamtego dnia stali razem w stołówce. A właściwie Quinbeck stał przed Ulyssesem, gdy ten znowu poczuł się obserwowany. Nie chodziło więc nawet o tak zupełnie niepasujący wygląd, który różnił Jareda od prześladowcy, ale o to, że raczej nie mógł być w dwóch miejscach jednocześnie. – Wellington. Wellington to ten, który nazwał moje obliczenia bublem malkontenta – podsumował.
Obliczenia, które może i należały do amatora, ale były prawidłowe. Dużo lepsze od tych które sam wykonał. Ale czy to mogłoby popchnąć Finneasa do próby morderstwa? Tego młody Rookwood nie wiedział. Ludzie zabijali i za znacznie mniej niż zranione ego i znacznie więcej puszczali płazem.