13.06.2023, 09:51 ✶
Brenna naprawdę próbowała być ostrożna. Najpierw uważnie wszystkiemu się przyjrzała, poprosiła Victorię o rozproszenie... ale, choć pewnie powinna, nie przewidziała pułapki, niewidocznej i odpornej na czary.
...a może raczej... przemyślnej skrytki, nie pułapki?
Nie zdążyła nawet krzyknąć. Nie miała szans się usunąć, skoro ziemia dosłownie się pod nią rozstąpiła i kolejny raz tego dnia wpadła do dziury. W jednej chwili zrywała mech na górze, w następnej była na dole. Nie było to szczególnie zaskakujące: zasadniczo można było założyć, że jeżeli gdzieś dało się wpaść w jakieś kłopoty, osobą, która to zrobi, będzie Brenna.
Tkwiła przez chwilę w bezruchu, z mocno bijącym sercem. Potem dokonała szybkich przeliczeń: nogi dwie, nie złamane, ręce dwie, całe i zdrowe, jedna głowa dalej na miejscu, ku rozczarowaniu niektórych. I jakieś siedemnaście siniaków oraz drugie tyle zadrapań, ale hej, była żywa, tak? Przez chwilę wprawdzie bała się, że siedzi właśnie na szczątkach, szybko jednak zdała sobie sprawę z tego, że tym, co czuje pod dłonią, nie są ludzkie kości.
Wstała powoli i spojrzała najpierw na skrzynkę i jej zawartość, potem w górę. Otrzepała ubranie. Najwyraźniej to, że tu wpadła, było nie pechem, a fartem.
- Hej, dziewczyny, właśnie znalazłam czarnomagiczną książkę, sądząc po inicjałach, należącą do Hoffmana - oświadczyła głośno i wyraźnie. Ton miała zaskakująco spokojny, jak na okoliczności, ale Brenna była raczej opanowaną osobą, a chociaż wpadła do czyjegoś grobu po raz pierwszy, zdarzały się jej już w życiu sytuacje nieco podobne do tej. Nie próbowała na razie dotknąć księgi ani jej otworzyć. Zapamiętała z Hogwartu, że takie woluminy robiły robić paskudne niespodzianki - na przykład nagle zaczynały wrzeszczeć. Nie chciała, aby odpadły jej dłonie albo coś równie wstrętnego. Poza tym... wzdrygała się przed dotknięciem przedmiotu gołymi rękami. Zdjęła więc z siebie płaszcz i owinęła nim księgę, chcąc ostrożnie przetransportować ją na górę. Maxmilian Hoffman przysłał tu zombie prawdopodobnie właśnie po ten przedmiot. I Brenna poczuła odrobinę satysfakcji, że oto pozbawiała czarnoksiężnika już drugiej zabawki. Miała jego artefakt. Jego księgę. Rzeczy jego ofiar, które potraktuje widmowidzeniem, szukając punktów zaczepienia. I przede wszystkim: rysopis oraz imię. I dorwie i jego, aby zapłacił za wszystko, co zrobił. A potem, do cholery, poruszy niebo i ziemię, aby dostał pocałunek dementora. Zdaniem niektórych była to zbyt okrutna kara dla kogokolwiek. Brenna też tak myślała, jeszcze parę lat temu. Ale teraz… zbyt wiele widziała. - Za to nie ma żadnego ciała - dodała, ponownie się rozglądając.
A potem?
Pozostawało wydostać się z dziury.
Na wychodzenie z dziury:
...a może raczej... przemyślnej skrytki, nie pułapki?
Nie zdążyła nawet krzyknąć. Nie miała szans się usunąć, skoro ziemia dosłownie się pod nią rozstąpiła i kolejny raz tego dnia wpadła do dziury. W jednej chwili zrywała mech na górze, w następnej była na dole. Nie było to szczególnie zaskakujące: zasadniczo można było założyć, że jeżeli gdzieś dało się wpaść w jakieś kłopoty, osobą, która to zrobi, będzie Brenna.
Tkwiła przez chwilę w bezruchu, z mocno bijącym sercem. Potem dokonała szybkich przeliczeń: nogi dwie, nie złamane, ręce dwie, całe i zdrowe, jedna głowa dalej na miejscu, ku rozczarowaniu niektórych. I jakieś siedemnaście siniaków oraz drugie tyle zadrapań, ale hej, była żywa, tak? Przez chwilę wprawdzie bała się, że siedzi właśnie na szczątkach, szybko jednak zdała sobie sprawę z tego, że tym, co czuje pod dłonią, nie są ludzkie kości.
Wstała powoli i spojrzała najpierw na skrzynkę i jej zawartość, potem w górę. Otrzepała ubranie. Najwyraźniej to, że tu wpadła, było nie pechem, a fartem.
- Hej, dziewczyny, właśnie znalazłam czarnomagiczną książkę, sądząc po inicjałach, należącą do Hoffmana - oświadczyła głośno i wyraźnie. Ton miała zaskakująco spokojny, jak na okoliczności, ale Brenna była raczej opanowaną osobą, a chociaż wpadła do czyjegoś grobu po raz pierwszy, zdarzały się jej już w życiu sytuacje nieco podobne do tej. Nie próbowała na razie dotknąć księgi ani jej otworzyć. Zapamiętała z Hogwartu, że takie woluminy robiły robić paskudne niespodzianki - na przykład nagle zaczynały wrzeszczeć. Nie chciała, aby odpadły jej dłonie albo coś równie wstrętnego. Poza tym... wzdrygała się przed dotknięciem przedmiotu gołymi rękami. Zdjęła więc z siebie płaszcz i owinęła nim księgę, chcąc ostrożnie przetransportować ją na górę. Maxmilian Hoffman przysłał tu zombie prawdopodobnie właśnie po ten przedmiot. I Brenna poczuła odrobinę satysfakcji, że oto pozbawiała czarnoksiężnika już drugiej zabawki. Miała jego artefakt. Jego księgę. Rzeczy jego ofiar, które potraktuje widmowidzeniem, szukając punktów zaczepienia. I przede wszystkim: rysopis oraz imię. I dorwie i jego, aby zapłacił za wszystko, co zrobił. A potem, do cholery, poruszy niebo i ziemię, aby dostał pocałunek dementora. Zdaniem niektórych była to zbyt okrutna kara dla kogokolwiek. Brenna też tak myślała, jeszcze parę lat temu. Ale teraz… zbyt wiele widziała. - Za to nie ma żadnego ciała - dodała, ponownie się rozglądając.
A potem?
Pozostawało wydostać się z dziury.
Na wychodzenie z dziury:
Rzut Z 1d100 - 57
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 44
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut Z 1d100 - 66
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.