14.06.2023, 23:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.06.2023, 23:19 przez Brenna Longbottom.)
Brenna nie zapomniała o Emily Hill i jej synu. Jakby mogła, skoro widziała jej śmierć i jego porwanie? W teorii nie była to pierwsza, druga ani nawet trzecia sprawa tego typu, z którą miała do czynienia. Ale mimo wszystko: nie każdego dnia (dzięki Merlinowi) była wmieszana w śledztwa w sprawie śmierci i zaginięć. A świadomość tego, że pewien mały chłopiec być może czeka na ratunek, towarzyszyła Brennie w kolejnych dniach i myśl o nim powracała, ilekroć na Pokątnej albo w Dolinie Godryka dostrzegała jakieś dziecko.
Z trudem powstrzymywała się przed dopytywaniem Patricka, czy czegoś się dowiedział. Pracował nad tą sprawą, był kompetentny, gdyby potrzebował jej pomocy na pewno by się o tym dowiedział, a Brygadzistka regularnie zaglądająca do Biura Aurorów, by zadać to samo pytanie, nie będzie żadnym wsparciem.
Stukanie w okno przebudziło ją nad ranem. Jeszcze niedawno pewnie minęłaby chwila, zanim Brenna zdołałaby się otrząsnąć z resztek snu i zorientować, co się dzieje. Praca w Brygadzie i ostatni, niespokojny rok, sprawiły, że jej czujność wzrosła i usiadła na łóżku dość gwałtownie, odruchowo sięgając pod poduszkę po różdżkę.
Trzydzieści sekund później otwierała okno.
Sześć minut później, ubrana w pierwsze ubrania, jakie wpadły jej w ręce, z kieszeniami wypchanymi na prędce zebranymi rzeczami, wybiegła z posiadłości w ciemność, by teleportować się tuż za jej progiem. Liścik od Patricka zostawiła na biurku, w widocznym miejscu.
Gdyby nie wracała zbyt długo, będą wiedzieli, gdzie jej szukać.
*
Pojawiła się z cichym trzaskiem, z palcami zaciśniętymi na różdżce, skrytej za połą rozpiętego płaszcza. Wzrok Brenny przemknął po okolicy i zatrzymał się na Stewardzie. Ruszyła ku niemu szybkim krokiem i stanęła na tyle blisko, by móc usłyszeć i szept. Ledwo wskazał dom, natychmiast skupiła na nim spojrzenie. Szukała wejść, liczyła okna, wzrok prześlizgnął się po sąsiednich budynkach, jakby chciała sprawdzić, kto i co może zobaczyć z okolicy. Późna czy raczej już wczesna pora powinna ułatwić podkradnięcie się.
Kiwnęła lekko głową na jego wyjaśnienia. Tłumaczyło to doskonale, dlaczego znalazł się tutaj sam, w środku nocy, i dlaczego ściągnął na pomoc właśnie ją. Brenna nie zostawiłaby dziecka bez pomocy – zwłaszcza tego dziecka, którego wspomnienie, gdy ukrywał się w szafie, miała niemalże wyryte na wewnętrznej stronie powiek. Nie miało znaczenia, że będzie musiała działać poza godzinami pracy i że jeżeli informator się myli, a oni zostaną przyłapani, mogą wpaść w poważne kłopoty.
Poza tym Brenna, której dawna ufność zamieniła się we wręcz przesadną ostrożność, cechowała się jednak niezachwianą wiarą w Zakon: i za Patrickiem, który był jego dowódcą, poszłaby nie tylko włamywać się do jakiegoś budynku, ale nawet do samego piekła.
W milczeniu wyjęła różdżkę i machnęła nią koło własnej głowy, a jej włosy przybrały czarną barwę. Raz, mniej rzucała się w oczy w mroku, dwa, gdyby ktoś ich zobaczył, lepiej nie zostać rozpoznaną tak od razu na podstawie rysopisu, prawda?
- Masz jakiś plan, czy improwizujemy? – spytała równie cicho, co on. – Rozumiem, że oboje są w środku? – dodała, zwracając wzrok tam, gdzie mimo późnej pory płonęło światło.
Z trudem powstrzymywała się przed dopytywaniem Patricka, czy czegoś się dowiedział. Pracował nad tą sprawą, był kompetentny, gdyby potrzebował jej pomocy na pewno by się o tym dowiedział, a Brygadzistka regularnie zaglądająca do Biura Aurorów, by zadać to samo pytanie, nie będzie żadnym wsparciem.
Stukanie w okno przebudziło ją nad ranem. Jeszcze niedawno pewnie minęłaby chwila, zanim Brenna zdołałaby się otrząsnąć z resztek snu i zorientować, co się dzieje. Praca w Brygadzie i ostatni, niespokojny rok, sprawiły, że jej czujność wzrosła i usiadła na łóżku dość gwałtownie, odruchowo sięgając pod poduszkę po różdżkę.
Trzydzieści sekund później otwierała okno.
Sześć minut później, ubrana w pierwsze ubrania, jakie wpadły jej w ręce, z kieszeniami wypchanymi na prędce zebranymi rzeczami, wybiegła z posiadłości w ciemność, by teleportować się tuż za jej progiem. Liścik od Patricka zostawiła na biurku, w widocznym miejscu.
Gdyby nie wracała zbyt długo, będą wiedzieli, gdzie jej szukać.
*
Pojawiła się z cichym trzaskiem, z palcami zaciśniętymi na różdżce, skrytej za połą rozpiętego płaszcza. Wzrok Brenny przemknął po okolicy i zatrzymał się na Stewardzie. Ruszyła ku niemu szybkim krokiem i stanęła na tyle blisko, by móc usłyszeć i szept. Ledwo wskazał dom, natychmiast skupiła na nim spojrzenie. Szukała wejść, liczyła okna, wzrok prześlizgnął się po sąsiednich budynkach, jakby chciała sprawdzić, kto i co może zobaczyć z okolicy. Późna czy raczej już wczesna pora powinna ułatwić podkradnięcie się.
Kiwnęła lekko głową na jego wyjaśnienia. Tłumaczyło to doskonale, dlaczego znalazł się tutaj sam, w środku nocy, i dlaczego ściągnął na pomoc właśnie ją. Brenna nie zostawiłaby dziecka bez pomocy – zwłaszcza tego dziecka, którego wspomnienie, gdy ukrywał się w szafie, miała niemalże wyryte na wewnętrznej stronie powiek. Nie miało znaczenia, że będzie musiała działać poza godzinami pracy i że jeżeli informator się myli, a oni zostaną przyłapani, mogą wpaść w poważne kłopoty.
Poza tym Brenna, której dawna ufność zamieniła się we wręcz przesadną ostrożność, cechowała się jednak niezachwianą wiarą w Zakon: i za Patrickiem, który był jego dowódcą, poszłaby nie tylko włamywać się do jakiegoś budynku, ale nawet do samego piekła.
W milczeniu wyjęła różdżkę i machnęła nią koło własnej głowy, a jej włosy przybrały czarną barwę. Raz, mniej rzucała się w oczy w mroku, dwa, gdyby ktoś ich zobaczył, lepiej nie zostać rozpoznaną tak od razu na podstawie rysopisu, prawda?
- Masz jakiś plan, czy improwizujemy? – spytała równie cicho, co on. – Rozumiem, że oboje są w środku? – dodała, zwracając wzrok tam, gdzie mimo późnej pory płonęło światło.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.