— Nie wiem, Ger, może to jeszcze robota Ministerstwa, może zablokowali polanę, żeby właśnie nikt nie mógł się deportować bezpośrednio na miejsce, a powstało z tego zagrożenie pożarowe, nie wiem!
Jonathan pamiętał, że na terenie festynu poruszali się brygadziści i aurorzy. Znał ich, niektórych nawet osobiście. Jeśli rzeczywiście zabezpieczyli teren, to nie mogli tego cofnąć, gdy zaczął się zamęt? Może złapanie przestępców było ważniejsze niż ewentualne ofiary? Był w stanie w to uwierzyć.
— No mówię ci, jakieś paskudne istoty... Oczywiście, że musiał sięgnąć do pomocy kogoś poza ludźmi, aż tylu pajaców za nim nie poszłoby...
Ze strachu powoli przechodził w złość.
— To oczywiście, że się zajmiemy!
Bracia Urquart wspominali Geraldine o istnieniu tajnego ugrupowania, które walczy z Czarnym Panem i jego poplecznikami, ale unikał tych tematów dla bezpieczeństwa obu stron. Nie znała nawet nazwy Zakonu, ale Gio zapewniał, że robili wszystko, co w ich mocy. Jednocześnie wspomniał, że sam nie angażuje się w żadne akcje "w terenie"... ale Jonathan już był bardziej chętny do tego.
— Następnym razem to ja... to ja podejdę do niego i powiem mu wygarnę wszystko, co nie. W sensie no, za kogo on się uważa? Ja wezmę załatwię sobie jakąś strzelbę. Tego się nie będzie spodziewał. Czujesz tą ironię, Ger? Zginie z ręki mugolskiej broni! Ha! Tak go wezmę!
Pozytywny nastrój uwalniał się pod wpływem bliskości. Jonathan czuł niesamowite ciepło wpływające do jego ciała z dłoni Geraldine, a przecież to nie pierwszy raz, gdy stosowała wobec niego tego typu kontakt. Wcześniej nigdy nie zwracał na to większej uwagi.
— Ger, ja... ja cię uratuję, rozumiesz? Nawet jeśli mnie nie chcesz, to trudno, ja zrobię dla ciebie wszystko — powiedział patrząc jej prosto w oczy i nie zdając sobie jeszcze sprawy z tego, co dokładnie wyznał. Jego spojrzenie przesiąknięte było czymś, czego Geraldine jeszcze od niego nie otrzymała nigdy wcześniej. Patrzył na nią tak, jak nigdy wcześniej na żadną kobietę.