Chciałby tęsknić. Chciałby, żeby cokolwiek przykuło go do życia. By mógł coś czuć. Ale nie udało się. Dalej więc tkwił w otępieniu, oderwany od wszystkiego. W tym momencie doszedł do wniosku, że nawet jego nietypowa żałoba po bracie nie miała w sobie nic z tęsknoty. Nie lubił Briana i nic tego by nie zmieniło. Nie chciał się z nim widywać. Ale sposób, w jaki zginął, wzburzyła Martina dogłębnie.
Postanowił zatrzymać swoje przemyślenia dla siebie, nie dzielić się tym z Cynthią. Nie widział sensu w aż tak głębokim otwieraniu się przed nieznajomymi. Głównie z założenia, że nikt nie chciałby nawet o tym słuchać.
— W wielu przypadkach prawdopodobnie tak. U mnie... niewiele się zmieniło. Nie zmieniłem nawet miejsca zamieszkania, każdy dzień był właściwie taki sam.
Crouchowie mogli pozwolić sobie na przydzielenie Kordelii jej własnych pomieszczeń. Dzięki temu małżeństwo mogło sypiać komfortowo, czyli w osobnych sypialniach. Martin nie odczuł więc zmiany. Często nawet zapominał, że z tą nieśmiałą kobietą przemykającą korytarzami domu jest związany węzłem małżeńskim. Dwa tygodnie stanowiło zbyt krótki okres czasu.
— Stwierdziłem, że to zbędna fatyga.
A oprócz tego liczył na odstraszenie zbędnych rozmówców podczas przyjęć i spotkań rodzinnych. To stanowiło tylko tą praktyczną stronę. Istniał jeszcze jeden, z początku nieświadomy powód takiego wyboru — blizny były pamiątką. Pamiątką wydarzenia w jego życiu. Namacalnym dowodem na to, że nie siedział cały czas w miejscu przepuszczając czas między palcami.
Skoro mowa o macaniu.
Spojrzał na Cynthię zaintrygowany prośbą.
— Tak — odpowiedział po chwili. Założył włosy za uszy i pochylił się w stronę kobiety, by ułatwić jej dotyk. Nie wpatrywał się w nią podczas tego, oczywiście. To byłoby niezręczne.