18.06.2023, 23:11 ✶
Od początku nie spodziewała się niczego dobrego po tym marszu. Raz, że w wielu osobach prawa charłaków wzbudzały całą feerię emocji, i to niekoniecznie tych pozytywnych, dwa, że tłum nigdy nie był bezpiecznym miejscem. Ani dla uczestników, ani dla wszystkich postronnych. Tym bardziej że w przypadku czarodziejów, ci mieli jeszcze do dyspozycji magię. A tłum z patykami stawał się jeszcze bardziej niebezpieczny – nigdy nie wiadomo, co komu tak naprawdę strzeli do głowy.
Strzelić zaś mogło całkiem sporo i nie, patyk nie był warunkiem koniecznym do wybuchu ogólnej paniki i przemiany tłumu w bezmyślną tłuszczę, gnającą przed siebie bez najmniejszego choćby opamiętania i zwracania uwagi na to, czy przypadkiem kogoś nie depczą. Zwłaszcza że nie każdy czarodziej przespacerował się na kurs teleportacji i zyskał odpowiednią licencję – choć w takiej sytuacji licencja sama w sobie miała najmniejsze znaczenie; liczyło się głównie ocalenie własnej skóry, nieprawdaż?
Tak, tłum potrafił się zmienić w najprawdziwszą bestię. I było to jednocześnie coś, czego wolałaby uniknąć – bo opanowanie jej graniczyło z niemożliwością. Niestety.
I jeszcze bardziej niestety okazało się, że przewidywania się sprawdziły. Nic dobrego się nie działo, wręcz przeciwnie – kontrowersyjność marszu przyciągnęła przeciwników może nie tyle samej demonstracji, co właśnie idei, o jaką charłacy próbowali walczyć. Idei skądinąd szczytnej – bowiem na dobrą sprawę żaden członek magicznego społeczeństwa nie powinien być traktowany jak coś, co nie istnieje. Bo jak nazwać choćby fakt, że nie byli ewidencjonowani…?
Nawet nie trzeba było długo czekać na chaos. Naprawdę. Ledwo się zaczął, ledwo całą ta ludzka masa ruszyła, a już – raptem parę chwil później – pojawili się wichrzyciele siejący zamęt. Zero przypadku, za to w pełni zamierzone działanie. Zaplanowane. Skurwysyny jedne…
… co gorsza, zareagowanie na to nie było takie proste. Zaklęcie? Tak, samo w sobie nie stanowiło problemu, problemem było, iż mogła trafić uciekających przed marnym losem bycia stratowanym. I tym samym skazać ich na takowy właśnie los – a przecież nie po to nosiła mundur, by doprowadzać do takich sytuacji. Pomyłki się zdarzają? Może i tak, lecz przecież od czego miała nogi…? Sama magia to nie wszystko, choć z całą pewnością wiele ułatwiała.
Toteż rzuciła się do biegu – z różdżką w dłoni – gnając za delikwentem. I szukając przy okazji w pamięci mapy okolicy – ewidentnie biegł w stronę Nokturnu, ale może kojarzyła ścieżkę, którą mogłaby sobie skrócić drogę i tym samym ułatwić sobie zdybanie uciekiniera…?
Strzelić zaś mogło całkiem sporo i nie, patyk nie był warunkiem koniecznym do wybuchu ogólnej paniki i przemiany tłumu w bezmyślną tłuszczę, gnającą przed siebie bez najmniejszego choćby opamiętania i zwracania uwagi na to, czy przypadkiem kogoś nie depczą. Zwłaszcza że nie każdy czarodziej przespacerował się na kurs teleportacji i zyskał odpowiednią licencję – choć w takiej sytuacji licencja sama w sobie miała najmniejsze znaczenie; liczyło się głównie ocalenie własnej skóry, nieprawdaż?
Tak, tłum potrafił się zmienić w najprawdziwszą bestię. I było to jednocześnie coś, czego wolałaby uniknąć – bo opanowanie jej graniczyło z niemożliwością. Niestety.
I jeszcze bardziej niestety okazało się, że przewidywania się sprawdziły. Nic dobrego się nie działo, wręcz przeciwnie – kontrowersyjność marszu przyciągnęła przeciwników może nie tyle samej demonstracji, co właśnie idei, o jaką charłacy próbowali walczyć. Idei skądinąd szczytnej – bowiem na dobrą sprawę żaden członek magicznego społeczeństwa nie powinien być traktowany jak coś, co nie istnieje. Bo jak nazwać choćby fakt, że nie byli ewidencjonowani…?
Nawet nie trzeba było długo czekać na chaos. Naprawdę. Ledwo się zaczął, ledwo całą ta ludzka masa ruszyła, a już – raptem parę chwil później – pojawili się wichrzyciele siejący zamęt. Zero przypadku, za to w pełni zamierzone działanie. Zaplanowane. Skurwysyny jedne…
… co gorsza, zareagowanie na to nie było takie proste. Zaklęcie? Tak, samo w sobie nie stanowiło problemu, problemem było, iż mogła trafić uciekających przed marnym losem bycia stratowanym. I tym samym skazać ich na takowy właśnie los – a przecież nie po to nosiła mundur, by doprowadzać do takich sytuacji. Pomyłki się zdarzają? Może i tak, lecz przecież od czego miała nogi…? Sama magia to nie wszystko, choć z całą pewnością wiele ułatwiała.
Toteż rzuciła się do biegu – z różdżką w dłoni – gnając za delikwentem. I szukając przy okazji w pamięci mapy okolicy – ewidentnie biegł w stronę Nokturnu, ale może kojarzyła ścieżkę, którą mogłaby sobie skrócić drogę i tym samym ułatwić sobie zdybanie uciekiniera…?