Ezechiel aż podskoczył na dźwięk stłuczonej doniczki. Jeszcze kilka miesięcy temu po prostu odwróciłby się, ale po kontakcie ze Śmierciożercą wciąż przeszyty był strachem.
Widząc dziecko, szybko udał, że poprawiał tylko strój. Nie chciał wyjść na słabeusza przy tak młodym człowieku.
— Hm... A ty, chłopcze, co tu robisz? Nie kojarzę, żeby jacykolwiek czarodzieje w tym wieku tu mieszkali — zaczął podejrzliwie.
Silverstein miał neutralny stosunek do dzieci. O ile nie były zbyt blisko jego gabinetu. A ten tego tutaj dzieliła jedna ściana. Za to od podsłuchania rozmowy dzieliła tylko jedna doniczka. Ezechiel z opóźnieniem zdał sobie z tego sprawę. To była bardzo niefortunna sytuacja. Wiedział jednak, że jeden nieuważny krok, a chłopiec ucieknie i Ez nigdy się nie dowie, ile ten usłyszał.
— Przyszedłeś może babcię odwiedzić? Albo jakiegoś... wujka?
Mniej więcej rozpoznawał twarze sąsiadów, ale nigdy nie przejął się nimi na tyle, by z pamięci wyrecytować listę lokatorów kamienicy. Może dlatego, że niektórzy z nich tutaj nie mieszkali, tylko po prostu bywali tu bardzo często. Zapewne gabinet medyczny nie był jedynym lokalem "usługowym" w tym budynku.