Miękkie westchnięcie szalu wszechświata zawierało się w osobliwości wszechrzeczy, stanowiąc wartość autoteliczną, ujmując każdy szkopuł w barwną metaforę. Prawdopodobnie coś mieszkającego w piwnych, jasnych oczach, okolonych welonem czerni rzęs, nakazywało to bezwzględne posłuszeństwo wobec uginającego się ukłonu nieba, tłumaczonego nieboskłonem. Wzięła głęboki wdech, z konsternacją malując kanwę rzeczywistości, w którą ubierało się wszystko i nic; każda z nieistotności, jak i z ważnych faktorów. Może gdyby nie była tak podłamana wewnętrznie, tak struta własną trucizną – może wówczas nie opadałaby w miękkie, zwiotczałe ramiona laudanum. Prawdopodobnie jej zmysły już dawno pokiereszowały się niebanalnie; prawdopodobnie już dawno osuwała się w ostre szpony szaleństwa, zachowywała jednak tę obraźliwą samą w sobie ogładę, sugerującą, iż to jej pierwotna, domyślna wersja charakteru.
Bo czy było inaczej? Zachowując się bardziej po męsku, aniżeli z kobiecą filuternością – wkładała dłonie do kieszeni szerokich, prasowanych w kant spodni; paliła papierosy grube, z których dym rozwijający welon na akwarelowej rzeczywistości; nawet jej chód, wyzbyty z damskiej nuty, prowadził sylwetkę w kroku pewnym i absolutnie wpasowanym w całość jej osobliwości, której przeczyły tylko miękko wykrojone usta, wielkie oczy i długie, umykające nad linią pasa włosy – na ogół związane w niedbały kok.
Oparła się o miękkie obicie fotela, krzyżując ręce na piersi, aby po chwili założyć nogę na nogę, skosić go spojrzeniem i niejako rozebrać z tej całej fasady zbudowanej z zapachu kobiecych perfum, śladów po szmince i tego wszystkiego, do którego uciekał każdej nieprzespanej nocy. Może dlatego potraktowała go łagodnie; może dlatego zamiast zmarszczyć groźnie brwi, jedynie odgarnęła z czoła kosmyk jego włosów, który przykleił się bezładnie do czoła. Zamiast tego, jednako ciężkie westchnięcie umknęło spomiędzy różanych warg.
– Nadzieja brzmi słodko w twoich ustach. O tyle słodko, że doskonale wiesz, że dla nas obojga jest psim doradcą – odparła, a kąciki jej ust zatańczyły, nieskromnie unosząc się w paroksyzmie nagłego, kpiarskiego uśmiechu.
Przez urywane strzępy momentów wbijała w niego wzrok; w obraz zmarnienia i niejakiej grozy – napominał jej w końcu o tym, czego sama nigdy chyżo nie osiągnęła; co było dalekie jej dłoniom. W gruncie rzeczy czasami tęskniła do rozterek sercowych, którymi ludzie się kierowali – ognistych pobudek i słodko-gorzkich romansów. Była jednak nade wszystko zziębnięta do szpiku kości i zastała we własnym melodramacie, który przecież rozgrywał się na rozciągłości pięciolinii.
– Jest to niewątpliwie jedyny pożytek z małżeństwa z kobietą nijaką – rozwód będzie szybki i bezbolesny, nie wyciągnie dzikich aberracji przeszłości – rzekła, obrażając Eunice jedynie mimowolnie; on mógł jednak wiedzieć, iż każde słowo opuszczające jej usta jest przemyślane.
Na jego kolejne słowa natomiast, zakrztusiła się smolistą cieczą, wypełniającą porcelanowe, odrobinę brzydkie naczynie.
– Ja? Matką chrzestną? Błagam, czy ty jesteś zdrowy na umyśle? Poza tym, panie magipsychiatro, narkoman zawsze znajdzie drogę do używki – odparła odrobinę zbyt miękko, odrobinę zbyt mało ochrypniętym od bolączek życiowych głosem.