19.06.2023, 23:00 ✶
Skracanie sobie drogi ostatecznie odpadło – bo mogła trafić źle, a wtedy… szukaj wiatru w polu. Tak, nie łudziła się, że odnalezienie delikwenta byłoby możliwe – bo wystarczyłoby, żeby znalazł dostęp do sieci Fiuu i proszę bardzo, szukaj sobie z tym swoim czułym węchem, gdzie się gad przeniósł. Po prostu powodzenia.
Tak że w ostatecznym rozrachunku pozostawał dosłownie pościg, bez żadnego skracania sobie drogi, tylko krok w krok… i była to też swoista walka na wytrzymałość. Które miało lepszą formę, które w końcu wywiesi jęzor i nie będzie w stanie uczynić kolejnego kroku…? Zagadka rozwiązała się relatywnie szybko, choć mogło być zgoła inaczej. Bo czar świsnął zbyt blisko, a gdyby jednak poleciał odrobinę niżej… no właśnie.
Coraz mniej ludzi, coraz dalej od marszu. Gdzieś z tyłu głowy odezwał się cichy głosik sugerujący, że może trzeba było zostawić tę gadzinę, pozostać na posterunku, próbować zapanować nad chaosem. I co z tego, że tłum to bestia nie do okiełznania? Ale było za późno.
Za późno, żeby się wracać.
Za późno, żeby tak po prostu odpuścić.
Z każdą chwilą coraz bardziej oczywistym się stawało, kto wygra tę walkę. Walkę, ale czy wojnę? Bo jedna bitwa przerodziła się w kolejną, pościg przekształcił się w… cóż. Nadal nie mogła po prostu strzelić zaklęciem.
Zatrzymała się, unosząc nieznacznie różdżkę, ani myśląc ją opuścić czy też całkiem odrzucić. Jeszcze czego. Oddychała szybciej, jeszcze szybciej starała się myśleć, analizować. Zyskał kartę przetargową, ale może mogła sprawić, by uwierzył, że była ona gówno warta…?
- A proszę cię bardzo, ukręcaj – stwierdziła, nie spuszczając z zamaskowanego spojrzenia – Tylko bądź pewny, że jak to zrobisz, to jeszcze przed świtem zaznasz czułych objęć dementora – zapewniła, starając się brzmieć jak najchłodniej się dało. Okrutne, zwłaszcza dla dzieciaka, któremu zapewne właśnie całe życie przelatywało przed oczami? Owszem.
Ale stawka była wysoka, zbyt wysoka, żeby się trząść nad dosłownie każdym aspektem.
- Więc, mój drogi, masz dwie opcje. Wypuszczasz go i idziesz ze mną, a Azkaban pozostanie jedynie koszmarem z bajki na dobranoc, albo – krok. Kolejny. Następny. Poruszała się powoli, gotowa do gwałtowniejszej reakcji, gdyby zaszła potrzeba – ukręcasz mu łeb, ja ciebie natychmiast dopadam i zostaniesz umówiony na ostatnią randkę w swoim życiu. Więc jak będzie? – słowa. Słowa. Słowa. Miała nadzieję, że brzmi wystarczająco przekonująco, chłodno, żeby gagatek pomyślał, iż w istocie jest gotowa poświęcić życie jakiegoś dziecka.
Życie, które powinna chronić, zgodnie z przysięgą, jaką składała, przyjmując mundur.
Tyle że prawda była taka, iż w środku była niepewna. Niepewna, czy dobrze zanalizowała, niepewna, czy dobrze przewidziała możliwe scenariusze. Tak bardzo niepewna, a na zewnątrz przecież musiała wyglądać na bardzo, bardzo pewną siebie...
Tak że w ostatecznym rozrachunku pozostawał dosłownie pościg, bez żadnego skracania sobie drogi, tylko krok w krok… i była to też swoista walka na wytrzymałość. Które miało lepszą formę, które w końcu wywiesi jęzor i nie będzie w stanie uczynić kolejnego kroku…? Zagadka rozwiązała się relatywnie szybko, choć mogło być zgoła inaczej. Bo czar świsnął zbyt blisko, a gdyby jednak poleciał odrobinę niżej… no właśnie.
Coraz mniej ludzi, coraz dalej od marszu. Gdzieś z tyłu głowy odezwał się cichy głosik sugerujący, że może trzeba było zostawić tę gadzinę, pozostać na posterunku, próbować zapanować nad chaosem. I co z tego, że tłum to bestia nie do okiełznania? Ale było za późno.
Za późno, żeby się wracać.
Za późno, żeby tak po prostu odpuścić.
Z każdą chwilą coraz bardziej oczywistym się stawało, kto wygra tę walkę. Walkę, ale czy wojnę? Bo jedna bitwa przerodziła się w kolejną, pościg przekształcił się w… cóż. Nadal nie mogła po prostu strzelić zaklęciem.
Zatrzymała się, unosząc nieznacznie różdżkę, ani myśląc ją opuścić czy też całkiem odrzucić. Jeszcze czego. Oddychała szybciej, jeszcze szybciej starała się myśleć, analizować. Zyskał kartę przetargową, ale może mogła sprawić, by uwierzył, że była ona gówno warta…?
- A proszę cię bardzo, ukręcaj – stwierdziła, nie spuszczając z zamaskowanego spojrzenia – Tylko bądź pewny, że jak to zrobisz, to jeszcze przed świtem zaznasz czułych objęć dementora – zapewniła, starając się brzmieć jak najchłodniej się dało. Okrutne, zwłaszcza dla dzieciaka, któremu zapewne właśnie całe życie przelatywało przed oczami? Owszem.
Ale stawka była wysoka, zbyt wysoka, żeby się trząść nad dosłownie każdym aspektem.
- Więc, mój drogi, masz dwie opcje. Wypuszczasz go i idziesz ze mną, a Azkaban pozostanie jedynie koszmarem z bajki na dobranoc, albo – krok. Kolejny. Następny. Poruszała się powoli, gotowa do gwałtowniejszej reakcji, gdyby zaszła potrzeba – ukręcasz mu łeb, ja ciebie natychmiast dopadam i zostaniesz umówiony na ostatnią randkę w swoim życiu. Więc jak będzie? – słowa. Słowa. Słowa. Miała nadzieję, że brzmi wystarczająco przekonująco, chłodno, żeby gagatek pomyślał, iż w istocie jest gotowa poświęcić życie jakiegoś dziecka.
Życie, które powinna chronić, zgodnie z przysięgą, jaką składała, przyjmując mundur.
Tyle że prawda była taka, iż w środku była niepewna. Niepewna, czy dobrze zanalizowała, niepewna, czy dobrze przewidziała możliwe scenariusze. Tak bardzo niepewna, a na zewnątrz przecież musiała wyglądać na bardzo, bardzo pewną siebie...