Kłęby siwego dymu uniosły się nieprzejednanie w przestrzeń, barwiąc siwymi obłokami akwarelową rzeczywistość – tak nierealną i absurdalną, że musiała wyjść spod pędzla sponiewieranego szaleństwem bóstwa. W końcu, odpaliwszy kolejnego papierosa, zaklęła się w milczenie – każdy w końcu wiedział, iż gra z nią była grą z samym ogniem, a pod parszywą maską radosnej trzpiotki kryły się czyny absolutnie gorszące i osobowość tak zgniła, że żaden filuterny uśmiech nie odwiódłby od tej świadomości. Tym razem nie było inaczej – błysnęła bielą zębów, tych nieidealnie równych, aż zewnętrzne kąciki oczu zaznaczyły drobne pajęczynki zmarszczek mimicznych.
On jednak już dawno przejrzał jej grę.
Świadomość tego, wprawiała ją w niejasny dyskomfort; w żałosne poczucie, że została odkryta w negliżu umysłowym – acz to właśnie to pozwalało jej stać się nieodzowną sobą. Tą, która przed światłem codzienności była skrywana.
Momentalnie jej rysy twarzy się zmieniły; z radosnej młódki przeistoczyła się w pogardliwą, skalaną agresją i brakiem skrupułów, dojrzałą kobietę. Zmrużyła oczy nieznacznie, unosząc podbródek, a istotnie, chłód bijący z jej orzechowych tęczówek potrafił ciąć; zastukała jedynie palcami dłoni o oparcie fotela, aby po chwili pochylić się ku mężczyźnie.
– Opisz mnie zatem. Wedle swojego szablonu, bez wsłuchiwania się w kłamstwa, którymi karmię ciebie w równej mierze, co innych – rzekła oschle. – Tak jest zabawniej, Vasilij, o wiele zabawniej, gdy wszyscy bierzecie w ciemno, co oferuję – dodała, a kącik karminowych ust podniósł się ku górze.
Z Loretty nie zostało nic, co świadczyłoby o cieniu wystawianej na salonach osobowości, tej niewinnej, drobnej kobiety, dopiero wkraczającej w świat chyżej dorosłości. Zamiast tego, Vakelowi mógł objawić się potwór zbudowany z oszukańczych kłamstw; potwór, którego karmiła w prozie codzienności, trzymając w stalowej klatce żeber.
– Jeśli zajdzie taka konieczność, poświęcę o wiele więcej, niż godność – rzekła poważnym tonem, zupełnie nieprzystającym do jej trelu codzienności. Później jednak wybuchła szaleńczym śmiechem, który możliwe, iż miał na celu rozładowanie atmosfery, nie osiągnął jednak swojego skutku – podbił podszewką lęku i szaleństwa, które w całym agresywnym pasodoble odbiło się od ścian gabinetu.
– A ciebie? – zmieniła gładko temat. – Co ciebie ciągnie w mojej siostrze? Co sprawiło, że aż tak żałośnie oddany jej jesteś? – zabrzmiała pytaniami, zakładając nogę na nogę i wygodnie moszcząc się w fotelu.