Była przecież w całej rozciągłości sobą – obraźliwą, butną, arogancką – nie ujmowało to jednak barwności charakterowi, który kształtował się już od czasów sielsko dziecięcych. Guwernantki wszak nie radziły sobie z nią, a jej chłód, nieprzystający do obrazu dziecka oraz umiejętność odnalezienia dictum na każdy spośród komentarzy, czyniły ją jeszcze wynioślejszą; jeszcze bogatszą w lśniącą, szklistą ironię, która przelewała jej się nieomal przez palce. Dotyk niedostępnego, sunięcie mętnym wzrokiem po wszelkich gościach prosektorium, tych którzy, dostali się w rytm reguły lege artis, stanowiła dlań wartość niechybnie najważniejszą. Oddana pracy i swojej karierze, nie snuła mrzonek, nie była jedną z tych zjaw błąkających się po ziemi, oddychających marzeniami – była pragmatyczna i praktyczna nade wszystko, a przełożenie tego na przynoszenie hańby rodzinie na bankietach podsycało iskrę osobliwości; istnego danse macabre jej żywota.
Cynthia z kolei była tym, czego szukała w praktykancie. Jej oszczędność w słowach, odsunięcie od obrzydliwego zbytku small talku, a jednocześnie podsycanie odpowiednich uwag – całokształt ten kreował blondynkę jaką godną uwagi i uczenia się od Lycoris – mogła wszak wybrać kogo chciała spośród ciżby głodnych koronerskiej roboty praktykantów, a jednak postawiła na Flintównę. Chwilę zajęło, zanim pojęła, skąd kawę Black pija; że ma być czarna, niesłodzona, bez mleka – istna smoła. Była jednak pojętna i pilna, traktowała pracę poważnie i niebagatelnie i choć Lycoris nie stanowiła kobiety tętniącej pragnieniem towarzystwa – Cynthia była na tyle doń podobna, że jej obecność nie irytowała, nie mierziła podskórnie.
Spojrzała na nią spod pochylonej głowy, stukając palcami o chłodny stół. Zmarszczenie brwi sugerowało swoiste zawieszenie w przestrzeni namysłu; ważyła słowa, nim zechciała zabarwić nimi eter, jednak po ulotnym westchnięciu powzięła próbę wyartykułowania swoich domysłów.
– Nie, jestem nieomal pewna, że ich dobór był przypadkowy. Brakuje jakiegokolwiek podobieństwa między ofiarami, nie mają punktów stycznych… – rzekła, pochylając się mocniej nad jednym spośród ciał.
Cenną cechą Cynthii było niezadawanie zbędnych, oczywistych pytań. Pochylanie się nad oślizgłym ciałem topielca, częściowo nadgnitego, nie było pracą, której byłby gotowy się podjąć każdy; one jednak, w jakimś szatańskim pasodoble, pasowały do siebie pod kątem energii i sposobu pracy.
– Nie wykluczam tego. Nie wszystkie ofiary zostały zidentyfikowane, a będzie to dosyć trudne, z racji ich rozczłonkowania. Możemy jedynie się domyślać, jak te ludzkie puzzle ułożyć, ale nie mamy gwarancji. Na niebiosa, kto mógłby narobić takiego bałaganu? – Westchnęła ciężko.
– Serce jest wycięte po mistrzowsku, nie wiem, czy ja bym to zrobiła lepiej. To definitywnie człowiek, który miał niejednokrotnie do czynienia z anatomią ludzką. To nie jest fuszerka, to zaplanowana zbrodnia przez człowieka, który wiedział, co robi – odparła. – Zastanawia mnie, czemu pracownicy Brygady nie odkryli tego od razu. Gołym okiem widać ingerencję ludzką – dodała po chwili, pochylając się nad jednym z ciał.
– Pięć serc – powtórzyła. – Może to być sztuka dla sztuki; może to być materiał do rytuału czarnoksięskiego; może to być wiele motywów, których my się nie dowiemy. A uwierz mi, mnie to ciekawi równie mocno.