Bo istotnie robiła wrażenie w całej swojej wysokiej, szczupakowatej personie; chuda jak tyczka, wysoka jeszcze bardziej, o tych splątanych kaskadach ciemnobrązowych włosów, dłonią ogółu spiętych w niedbały kok, tym przenikliwym spojrzeniu zionącym z piwnych tęczówek, skrytych w pracy za szkłami okularów – całą swoją osobą nakazywała posłuszeństwo. Zdawkowe urywki słów, którymi obdarzała Cynthię; jej chłodne wyrachowanie, z którym unosiła podbródek i nade wszystko nauką, którą była gotowa się dzielić; wiedzą, która odnalazła swoje miejsce przylegania w umyśle – nie musiała nigdy się uczyć, nie musiała być pilna, gdyż choroba Milfroda czyniło ją absurdalnie absorbującą nauki osobą. W gruncie rzeczy to praktyka uczyniła sobie z niej młodą kochankę, zaszczepiając istną pasję, wyrażającą się nawet w ruchach. Praktyka była czymś, co nie przyszło jej tak łatwo; tym większą dumą obdarzała swoją biegłość w sztuce, która przecież była jej zaklętą w martwe ciała obsesją.
W kostnicy odnajdywała Cynthię jako partnerkę i współpracownicę; nie traktowała jej z góry, ani nie przylepiała łatki stażysty – jej zdaniem był to niechybny klucz do sukcesu we wzajemnym działaniu. Nigdy nie dawała odczuć, iż umniejsza jej wiedzy czy umiejętnościom, a Flintówna przekuwała to w rosnącą biegłość i umiejętności – nigdy nie zachowywała się w stosunku do niej poufale bądź arogancko, była świadoma tego, czego nie wie i chłonęła wiedzę, którą chętnie Lycoris się dzieliła. Stażyści, którzy pojawili się w jej prosektorium wcześniej, nie osiągali tego typu wyników; niejednokrotnie wypraszała ich ze swojego swoistego atelier, kończąc współpracę po niespełna miesiącu.
Cynthia Flint jej pasowała.
Poprawiła ostatnim ruchem dłoni okulary, podchodząc do nieboszczyka. Oceniła jego wygląd naprędce, stwierdzając niejasne kwestie – cechował się nadwagą, delikatnym zaniedbaniem, wzrok jednak zatrzymała na zdjęciu przedstawiającym jego odzienie.
– To bez wątpienia pracownik ministerstwa, spójrz w co był ubrany – rzekła, skłaniając dłonią Cyntię do przyjrzenia się. – To, co widzisz na nadgarstku, nie jest śladem siniaków, jak mógłby pomyśleć niewprawiony badacz. To ślad po biżuterii, w dodatku złotej. Co zatem wnioskujemy – albo używał maści zawierającej tlenek cynku, albo miał poważne niedobory. On był chory, Cynthio, a jednak zmarł ugodzony zaklęciem niewybaczalnym. To dopiero ironia losu – zakończyła, marszcząc niejasno brwi.
Kąciki jej ust prędko się uniosły, na słowa uzupełniające stażystki.
– Ironia losu, która nie miała miejsca. Myślę podobnie, jak ty. Więcej, myślę, że był podtruwany – dokończyła, rozpromieniając się, jakby rozwiązała skomplikowaną w swej materii zagadkę.