02.11.2022, 00:21 ✶
Patrick zapatrzył się na mapę, zastanawiając się nad tym, czy było coś czego właściwie jeszcze im nie powiedział. I jak przemówić do rozumu dziewczynie, którą chcieli uratować. Sama mapa nie była ogromnie szczegółowa, służyła raczej za wskazówkę dotyczącą tego, czego mogli się spodziewać na miejscu (a mogli się spodziewać niewielkiego domku z ogródkiem i zagajnikiem, oddalonego od niego o zaledwie kilkaset metrów mugolskiego gospodarstwa i oświetlonej latarniami drogi), miejsca gdzie mieli się aportować, ażeby przypadkiem nie zaalarmować mieszkających w pobliżu mugoli i gdzie najprawdopodobniej będą aportować się śmierciożercy.
Steward zmarszczył brwi. Chociaż mierziła go myśl, by członkowie Zakonu Feniksa biegali w maskach jak Śmierciożercy, skłamałby, gdyby stwierdził, że taka myśl nie zagościła mu w głowie. Im dłużej będą mogli zachować anonimowość w Czarodziejskim Świecie, tym dłużej będą mogli w ogóle normalnie w nim funkcjonować. Zrobią dokładnie to samo co Śmierciożercy, z dokładnie tych samych pobudek - choć wiedzeni wznieślejszymi (przynajmniej dla Patricka) ideałami.
- To bardzo kusząca propozycja, Brenno – przyznał powoli. – Obawiam się tylko, że biedna Anne Thomas może zacząć ciskać w nas klątwami, ale może jest to ryzyko, które warto podjąć.
Na dworze robiło się już ciemno. Nawet jeśli nie będą wyglądali jak typowi śmierciożercy, z pewnością zdołają zasiać pewien zamęt w głowach przysłanych do rozprawienia się z Thomas. Patrick doceniał każdą przewagę, jaką mogli zyskać nad zwolennikami Lorda Voldemorta. Postukał palcami w mapę pokazując Brennie i Mavelle dane koordynatów.
W pokoju było ciepło. Na kominku trzaskał ogień. Steward miał palce przybrudzone wyschniętym już atramentem. Nie wyglądał jakby w ostatniej chwili zrezygnował z imprezy noworocznej, prędzej jakby planował całkiem zwyczajny wieczór w domu. Miał na sobie ciepły wełniany sweter, spod którego wystawała koszula w kratę. Na oparciu jednego z krzeseł wisiał jego ciemny, długi prochowiec.
- Nie wydaje mi się by modyfikacja twarzy Anne była potrzebna. – Patrick nie zamierzał wymyślać młodej czarownicy nowej tożsamości, uznawał że w jej przypadku wystarczy umieszczenie w domu rodzinnym i otoczenie go zaklęciami ochronnymi. Jakby nie patrzeć Thomas może i była wyszczekana, ale w jego oczach nie prezentowała sobą aż takiej wartości, by Śmierciożercy zechcieli jej szukać w mugolskiej części Londynu. To wymagałoby od nich większego zainteresowania i pewnie godziło w ich poczucie wyższości. - Jeśli nie zrozumie jak poważne niebezpieczeństwo jej grozi, czegokolwiek byśmy nie zrobili i tak będzie się dalej narażać. Myślę też, że lepiej by nie wiedziała o twoich zdolnościach, Brenno.
Patrick odsunął się od mapy. Skupił pełną uwagę na przebywających z nim w pomieszczeniu kobietach. Uśmiechnął się w ich stronę kącikami ust.
- Wedle tego co wiem Śmierciożercy mają ją zaatakować przed północą - powiedział jeszcze. Najwyraźniej, jeśli nie było już o czym rozmawiać, gotów był przejść do działania.
Steward zmarszczył brwi. Chociaż mierziła go myśl, by członkowie Zakonu Feniksa biegali w maskach jak Śmierciożercy, skłamałby, gdyby stwierdził, że taka myśl nie zagościła mu w głowie. Im dłużej będą mogli zachować anonimowość w Czarodziejskim Świecie, tym dłużej będą mogli w ogóle normalnie w nim funkcjonować. Zrobią dokładnie to samo co Śmierciożercy, z dokładnie tych samych pobudek - choć wiedzeni wznieślejszymi (przynajmniej dla Patricka) ideałami.
- To bardzo kusząca propozycja, Brenno – przyznał powoli. – Obawiam się tylko, że biedna Anne Thomas może zacząć ciskać w nas klątwami, ale może jest to ryzyko, które warto podjąć.
Na dworze robiło się już ciemno. Nawet jeśli nie będą wyglądali jak typowi śmierciożercy, z pewnością zdołają zasiać pewien zamęt w głowach przysłanych do rozprawienia się z Thomas. Patrick doceniał każdą przewagę, jaką mogli zyskać nad zwolennikami Lorda Voldemorta. Postukał palcami w mapę pokazując Brennie i Mavelle dane koordynatów.
W pokoju było ciepło. Na kominku trzaskał ogień. Steward miał palce przybrudzone wyschniętym już atramentem. Nie wyglądał jakby w ostatniej chwili zrezygnował z imprezy noworocznej, prędzej jakby planował całkiem zwyczajny wieczór w domu. Miał na sobie ciepły wełniany sweter, spod którego wystawała koszula w kratę. Na oparciu jednego z krzeseł wisiał jego ciemny, długi prochowiec.
- Nie wydaje mi się by modyfikacja twarzy Anne była potrzebna. – Patrick nie zamierzał wymyślać młodej czarownicy nowej tożsamości, uznawał że w jej przypadku wystarczy umieszczenie w domu rodzinnym i otoczenie go zaklęciami ochronnymi. Jakby nie patrzeć Thomas może i była wyszczekana, ale w jego oczach nie prezentowała sobą aż takiej wartości, by Śmierciożercy zechcieli jej szukać w mugolskiej części Londynu. To wymagałoby od nich większego zainteresowania i pewnie godziło w ich poczucie wyższości. - Jeśli nie zrozumie jak poważne niebezpieczeństwo jej grozi, czegokolwiek byśmy nie zrobili i tak będzie się dalej narażać. Myślę też, że lepiej by nie wiedziała o twoich zdolnościach, Brenno.
Patrick odsunął się od mapy. Skupił pełną uwagę na przebywających z nim w pomieszczeniu kobietach. Uśmiechnął się w ich stronę kącikami ust.
- Wedle tego co wiem Śmierciożercy mają ją zaatakować przed północą - powiedział jeszcze. Najwyraźniej, jeśli nie było już o czym rozmawiać, gotów był przejść do działania.