Bo stanowił do niej apogeum istotności w tym całym akwenie jej braku; nieprzystępna dla ogółu, w jego ramionach odnajdywała ukojenie, którego nie było żal sercu; wsparcie silnych ramion, które gotowe były ją dźwignąć z klęczek, gdy podupadała. Nigdy jej nie oceniał, nigdy nie karcił za uzależnienia, hazard i te wszystkie nieprzespane noce. Budził nieprzejednany uśmiech na obliczu – tym, na którym grymasy wyjątkowo rzadko malowały się pociągnięciem pędzla; szczerość zaklętą na dnie duszy, niewyrażaną jedynie poprzez butę i arogancję. Była gotowa skoczyć dla niego w ogień i wiedziała, że jest to uczucie dzielone na dwoje; łatała niejednokrotnie rany na jego wrażliwym sercu, on z kolei bronił ją przed wiekopomnym gniewem matki, gdy po raz kolejny popełniała salonowe faux pas lub nawet nie zaszczycała ich swoją obraźliwą obecnością.
Zawiesiła na nim spojrzenie dokładnie, gdy on uczynił to samo. Milczała przez chwilę, mrużąc odrobinę orzechowe wejrzenie; wiedząc, iż on wie wszystko, co nie zostało pokarane głoskami; wszystko, co zostało niewypowiedziane i zamknięte w swoistej puszce nieszczęść.
Czy to ona była mitologiczną Pandorą?
– Ona miałaby przyjść? Ona? Przestań śnić, Percy – odparła odrobinę głośniej, odrobinę gniewniej. Zacisnęła dłoń w pięść nieomal, ostatecznie jednak opadła bezwładnie na oparcie fotela.
Odczytała jego lęk bezsłownie, marszcząc nieznacznie brwi. Z własnej przyzwoitości nie czytała go, jak przystałoby na jasnowidza. Nie chciała odzierać go z tego, co było niewymowne i jego; z tego, czego nie życzyłby sobie, aby ujrzały języki słońca o wschodzie.
Głównie dlatego, że wiedziała.
W swej przenikliwości zawierała wschody i zachody słońca, piękne, utkane kantyczki i niewesołe refreny – a jego potrafiła rozgryźć jedynie po jednym, samotnym spojrzeniu hebanowych tęczówek. Przełknęła ciężko ślinę.
– Nie interesuj się, bo kociej mordy dostaniesz – odparła, parskając nieznacznie śmiechem uwięzionym gdzieś w krtani.