21.06.2023, 23:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.09.2023, 18:22 przez Brenna Longbottom.)
Brenna wspinała się po schodach za bratem, uśmiechnięta od ucha do ucha. Ręce miała pełne - rzeczy dla pieska, bo chociaż mieli dużo karmy, zabawek, posłań, obroży i kocyków, to ten konkretny piesek zasługiwał na własny kocyk, posłanie oraz obrożę i smycz. A no i jeszcze były leki, które należało mu podać. To wszystko Brenna dorwała w ciągu tego kwadransa wolnego, jaki zdążyła wygospodarować pomiędzy chwilą, w której sprowadzili psiaka i urządzili mu kąpiel przed posiadłością (skrycie wołając Danielle, czy przypadkiem nie chciałaby pomóc w opiece - skrycie, by mama nie zobaczyła psa ZANIM pozbędą się pcheł, bo choć Elise Potter miała wbrew pozorom miękkie serce, to na pewno nie tolerowałaby żadnych pasożytów), a tym momentem.
- Naprawdę? Mam wrażenie, że patrzą na mnie jak zwykle - stwierdziła Brenna lekkim tonem. - To znaczy, wiesz, nie to, że nie patrzą dziwnie, po prostu nic się nie zmieniło. Nie jestem pewna, czy byliby zaskoczeni, gdybym powiedziała, że przygarnęłam psa, kota, kanarka, dwie fretki i przypadkowego chłopaka, który stał przed Dziurawym Kotłem i mi powiedział, że nie ma gdzie mieszkać...
Oczywiście, nigdy by tego nie zrobiła.
Opłaciłaby przypadkowemu chłopakowi tydzień noclegów w Dziurawym Kotle i prześwietliła go siedem pokoleń wstecz, sprawdziła widmowidzeniem, aurowidzeniem i jasnowidzeniem - ściągając w tym celu Dani i Idę - i dopiero wtedy wtedy myślała o dawaniu mu dachu nad głową. W końcu mógłby być zagrożeniem.
Co innego ktoś, kogo znała. Wtedy bardzo możliwe, że od razu zabrałaby go do posiadłości.
(Choć takiego też by sprawdzała. Nawet nie ze względu na siebie. Za to przez wzgląd na innych domowników już owszem: ich życiem nie miała prawa ryzykować)
Jeżeli zaś szło o psa, kota, kanarka i fretki, wszystkie jednak zostałaby zaproszone do domu bez wahania, chociaż w nowo nabytej paranoi, zapewne po sprawdzeniu magią, czy przypadkiem nie są animagami.
- Myślisz, że Derwin marzy o psie? - spytała Brenna, a kąciki ust drgnęły jej lekko. - Bo w tym schronisku zostało ich jeszcze całkiem sporo... - wymamrotała, zaglądając do pomieszczenia. Najchętniej dałaby dom tym wszystkim zwierzakom, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że już trzy to sporo. A im "wpadł" pod opiekę właśnie czwarty... Tymczasem w domu było przecież jeszcze mnóstwo sów, bo niemal każdy domownik posiadał własną. - Przepraszamy, że przeszkadzamy, ale przychodzimy z darami! I eee... zaraz... taką specjalną pastą, która ma go odrobaczyć... Wiecie, myślałam, że opieka nad zwykłymi zwierzakami jest łatwiejsza nad tymi magicznymi, ale okazuje się, że nie. Te wszystkie środki, pigułki, karmy, tresura... Wczoraj próbowałam nauczyć psiaki aportowania, ale chyba tylko Gałgan rozumie ideę. Ponurak i Łatek zakładają, że chodzi o to, że to ja biegnę za piłką i im ją przenoszę - paplała radośnie Brenna, jakby wcale, ale to wcale nie spędziła tego ranka na szukaniu informacji o nieudanych aportacjach, przyczynach zakłóceń magii i nie planowała jutro małej wycieczki na owiane grozą Mgliste Mokradła. To nie miało teraz znaczenia, gdy była tutaj, w otoczeniu rodziny.
I psów, oczywiście.
- Naprawdę? Mam wrażenie, że patrzą na mnie jak zwykle - stwierdziła Brenna lekkim tonem. - To znaczy, wiesz, nie to, że nie patrzą dziwnie, po prostu nic się nie zmieniło. Nie jestem pewna, czy byliby zaskoczeni, gdybym powiedziała, że przygarnęłam psa, kota, kanarka, dwie fretki i przypadkowego chłopaka, który stał przed Dziurawym Kotłem i mi powiedział, że nie ma gdzie mieszkać...
Oczywiście, nigdy by tego nie zrobiła.
Opłaciłaby przypadkowemu chłopakowi tydzień noclegów w Dziurawym Kotle i prześwietliła go siedem pokoleń wstecz, sprawdziła widmowidzeniem, aurowidzeniem i jasnowidzeniem - ściągając w tym celu Dani i Idę - i dopiero wtedy wtedy myślała o dawaniu mu dachu nad głową. W końcu mógłby być zagrożeniem.
Co innego ktoś, kogo znała. Wtedy bardzo możliwe, że od razu zabrałaby go do posiadłości.
(Choć takiego też by sprawdzała. Nawet nie ze względu na siebie. Za to przez wzgląd na innych domowników już owszem: ich życiem nie miała prawa ryzykować)
Jeżeli zaś szło o psa, kota, kanarka i fretki, wszystkie jednak zostałaby zaproszone do domu bez wahania, chociaż w nowo nabytej paranoi, zapewne po sprawdzeniu magią, czy przypadkiem nie są animagami.
- Myślisz, że Derwin marzy o psie? - spytała Brenna, a kąciki ust drgnęły jej lekko. - Bo w tym schronisku zostało ich jeszcze całkiem sporo... - wymamrotała, zaglądając do pomieszczenia. Najchętniej dałaby dom tym wszystkim zwierzakom, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że już trzy to sporo. A im "wpadł" pod opiekę właśnie czwarty... Tymczasem w domu było przecież jeszcze mnóstwo sów, bo niemal każdy domownik posiadał własną. - Przepraszamy, że przeszkadzamy, ale przychodzimy z darami! I eee... zaraz... taką specjalną pastą, która ma go odrobaczyć... Wiecie, myślałam, że opieka nad zwykłymi zwierzakami jest łatwiejsza nad tymi magicznymi, ale okazuje się, że nie. Te wszystkie środki, pigułki, karmy, tresura... Wczoraj próbowałam nauczyć psiaki aportowania, ale chyba tylko Gałgan rozumie ideę. Ponurak i Łatek zakładają, że chodzi o to, że to ja biegnę za piłką i im ją przenoszę - paplała radośnie Brenna, jakby wcale, ale to wcale nie spędziła tego ranka na szukaniu informacji o nieudanych aportacjach, przyczynach zakłóceń magii i nie planowała jutro małej wycieczki na owiane grozą Mgliste Mokradła. To nie miało teraz znaczenia, gdy była tutaj, w otoczeniu rodziny.
I psów, oczywiście.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.