24.06.2023, 01:32 ✶
Przeklęte Ministerstwo.
Nie wiedzieć czemu, nawet kiedy się zwolnisz, oni i tak za tobą łażą. Dosłownie niczym domokrążcy, zawsze znajdą sposób, żeby odciągnąć cię od codziennych zajęć, a potem dołożyć ci problemów na talerz.
Miała w głębokim poważaniu, komu wynajmuje mieszkania. Mogłaby gościć w swoich progach nawet samego Czarnego Pana; tak długo jak interesant płacił czynsz i nie robił bajzlu, był mile widziany. Toteż kiedy w liście przeczytała, że czarnoksiężnik mieszkał w jednym z jej mieszkań, na głos zapytała kartkę papieru: a co mnie to obchodzi?
Niestety doskonale wiedziała, jakie są procedury i czemu musi się fatygować. Znała je na pamięć i zdawała sobie sprawę, jak niedorzeczne będzie całe przedstawienie. Będzie musiała udawać przejętą i zaskoczoną, bo jeśli poślą pod próg mieszkania jakiegoś świętego nadgorliwego, to może skończyć się tak, że brak zainteresowania sprawą w oczach Eden będzie odebrany jako współudział lub przyzwalanie na czarnomagiczne występki. A ostatnim czego potrzebowała, to zwracanie się z prośbą o pomoc do matki, żeby poruszyła sznurkami w Wizengamocie i zakończyła tę farsę.
Przybyła modnie spóźniona. Nie dlatego, że coś jej wypadło, tylko dlatego, że wybitnie nie chciała tu być. Przed wejściem do kamienicy westchnęła głęboko, po czym wydała z siebie zażenowane jęknięcie. Dopiero wtedy pociągnęła za ciężkie drzwi wejściowe i weszła na klatkę.
Już z dołu poczuła zapach papierosów. Wywróciła oczyma, ale nie połączyła jeszcze woni najtańszego ścierwa z obecnością Moody’ego kilka pięter wyżej. Była zbyt skupiona na trzymaniu się na tyle daleko od poręczy schodów, by impulsywne myśli nie zmusiły jej do skoku przez barierkę.
I wiecie, co było w tym wszystkim najgorsze? Że musiała wejść na trzecie piętro. Bo oczywiście ten frajer nie mógł prowadzić swojej czarnomagicznej działalności na parterze.
Wchodziła powoli, bo nie miała siły wskakiwać co drugi schodek jak za dawnych lat. W tych butach i tak niespecjalnie się dało, więc wycieczka na górę chwilę potrwała. Jedną rękę trzymała w kieszeni garniturowych spodni, drugą przytrzymywała skórzaną teczkę przy swoim boku. Po drodze rozpięła guzik pasującej do spodni pomarańczowej marynarki, bo jakoś po drugim piętrze się zgrzała.
Najpierw zauważyła kobietę; a raczej wieszak na mundur Brygady. Nie miała pojęcia, kto to, ale jeśli miała być szczera - nieszczególnie ją to obchodziło. Nie zatrzymując więc wzroku na niej za długo, rozejrzała się po dalszej części piętra.
Parsknęła cichym śmiechem pod nosem. Oczywiście, że i jego tu przywiało.
- Ten dzień byłby dobry, gdyby mnie tu nie było - odparła na przywitanie brygadzistki, nawet nie siląc się na uśmiech. Otaksowała Florence wzrokiem od góry do dołu, nie poświęcając jej wiele więcej uwagi. Od razu zwróciła wzrok ku Alastorowi, nie mogąc posiąść się z dziwacznego zachwytu, że ze wszystkich dostępnych aurorów, wysłali tu właśnie jego. Jeszcze jedno takie spotkanie i zacznie wierzyć w przeznaczenie albo horoskopy.
- Gdzie diabeł nie może, tam Moody’ego pośle - rzuciła z westchnieniem, unosząc jedną brew i uśmiechając się z przekąsem. Przełożyła teczkę do lewej ręki i podała mu wolną dłoń, ściskając ją mocno. - Cześć, często tutaj przychodzisz? - Cudem powstrzymała się od śmiechu; profesjonalizm na szczęście wygrał w ostatecznym rozrachunku. Odsunęła się nieco, skupiając się na przyniesionej przez siebie teczce.
- A propos naszego ulubionego protokołu - zaczęła, przeszukując dokumenty. Wyjęła z nich list, który otrzymała od Ministerstwa. Zmrużyła oczy, by skupić wzrok na treści; wyglądało na to, że potrzebowała okularów, ale nie miała ich ze sobą. - Poproszę o kopię niniejszego dokumentu oraz pani odznakę - zażądała, spoglądając na Bridgers. W liście obiecali jej, że funkcjonariusze na miejscu się wylegitymują. - Twojej nie chcę - dodała wkrótce, zerkając spod byka na Alastora. - Widziałam ją wielokrotnie i mogę się założyć o galeona, że nadal jest brudna. Zupełnie tak, jak moja klatka po twoim przybyciu. Posprzątaj to - powiedziała, wskazując na peta oraz popiół walające się pod barierką. Nie wyglądała, jakby można było z nią polemizować w tej kwestii.
Nie wiedzieć czemu, nawet kiedy się zwolnisz, oni i tak za tobą łażą. Dosłownie niczym domokrążcy, zawsze znajdą sposób, żeby odciągnąć cię od codziennych zajęć, a potem dołożyć ci problemów na talerz.
Miała w głębokim poważaniu, komu wynajmuje mieszkania. Mogłaby gościć w swoich progach nawet samego Czarnego Pana; tak długo jak interesant płacił czynsz i nie robił bajzlu, był mile widziany. Toteż kiedy w liście przeczytała, że czarnoksiężnik mieszkał w jednym z jej mieszkań, na głos zapytała kartkę papieru: a co mnie to obchodzi?
Niestety doskonale wiedziała, jakie są procedury i czemu musi się fatygować. Znała je na pamięć i zdawała sobie sprawę, jak niedorzeczne będzie całe przedstawienie. Będzie musiała udawać przejętą i zaskoczoną, bo jeśli poślą pod próg mieszkania jakiegoś świętego nadgorliwego, to może skończyć się tak, że brak zainteresowania sprawą w oczach Eden będzie odebrany jako współudział lub przyzwalanie na czarnomagiczne występki. A ostatnim czego potrzebowała, to zwracanie się z prośbą o pomoc do matki, żeby poruszyła sznurkami w Wizengamocie i zakończyła tę farsę.
Przybyła modnie spóźniona. Nie dlatego, że coś jej wypadło, tylko dlatego, że wybitnie nie chciała tu być. Przed wejściem do kamienicy westchnęła głęboko, po czym wydała z siebie zażenowane jęknięcie. Dopiero wtedy pociągnęła za ciężkie drzwi wejściowe i weszła na klatkę.
Już z dołu poczuła zapach papierosów. Wywróciła oczyma, ale nie połączyła jeszcze woni najtańszego ścierwa z obecnością Moody’ego kilka pięter wyżej. Była zbyt skupiona na trzymaniu się na tyle daleko od poręczy schodów, by impulsywne myśli nie zmusiły jej do skoku przez barierkę.
I wiecie, co było w tym wszystkim najgorsze? Że musiała wejść na trzecie piętro. Bo oczywiście ten frajer nie mógł prowadzić swojej czarnomagicznej działalności na parterze.
Wchodziła powoli, bo nie miała siły wskakiwać co drugi schodek jak za dawnych lat. W tych butach i tak niespecjalnie się dało, więc wycieczka na górę chwilę potrwała. Jedną rękę trzymała w kieszeni garniturowych spodni, drugą przytrzymywała skórzaną teczkę przy swoim boku. Po drodze rozpięła guzik pasującej do spodni pomarańczowej marynarki, bo jakoś po drugim piętrze się zgrzała.
Najpierw zauważyła kobietę; a raczej wieszak na mundur Brygady. Nie miała pojęcia, kto to, ale jeśli miała być szczera - nieszczególnie ją to obchodziło. Nie zatrzymując więc wzroku na niej za długo, rozejrzała się po dalszej części piętra.
Parsknęła cichym śmiechem pod nosem. Oczywiście, że i jego tu przywiało.
- Ten dzień byłby dobry, gdyby mnie tu nie było - odparła na przywitanie brygadzistki, nawet nie siląc się na uśmiech. Otaksowała Florence wzrokiem od góry do dołu, nie poświęcając jej wiele więcej uwagi. Od razu zwróciła wzrok ku Alastorowi, nie mogąc posiąść się z dziwacznego zachwytu, że ze wszystkich dostępnych aurorów, wysłali tu właśnie jego. Jeszcze jedno takie spotkanie i zacznie wierzyć w przeznaczenie albo horoskopy.
- Gdzie diabeł nie może, tam Moody’ego pośle - rzuciła z westchnieniem, unosząc jedną brew i uśmiechając się z przekąsem. Przełożyła teczkę do lewej ręki i podała mu wolną dłoń, ściskając ją mocno. - Cześć, często tutaj przychodzisz? - Cudem powstrzymała się od śmiechu; profesjonalizm na szczęście wygrał w ostatecznym rozrachunku. Odsunęła się nieco, skupiając się na przyniesionej przez siebie teczce.
- A propos naszego ulubionego protokołu - zaczęła, przeszukując dokumenty. Wyjęła z nich list, który otrzymała od Ministerstwa. Zmrużyła oczy, by skupić wzrok na treści; wyglądało na to, że potrzebowała okularów, ale nie miała ich ze sobą. - Poproszę o kopię niniejszego dokumentu oraz pani odznakę - zażądała, spoglądając na Bridgers. W liście obiecali jej, że funkcjonariusze na miejscu się wylegitymują. - Twojej nie chcę - dodała wkrótce, zerkając spod byka na Alastora. - Widziałam ją wielokrotnie i mogę się założyć o galeona, że nadal jest brudna. Zupełnie tak, jak moja klatka po twoim przybyciu. Posprzątaj to - powiedziała, wskazując na peta oraz popiół walające się pod barierką. Nie wyglądała, jakby można było z nią polemizować w tej kwestii.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~