24.06.2023, 21:10 ✶
Nie dało się nie poczuć czegoś na kształt satysfakcji – dość ponurej, biorąc pod uwagę okoliczności, ale jednak – raz, że udało rozbić się ten cholerny kamień, co kręcił się i kręcił, dwa… doprawdy, było w tym coś ironicznego, że po tym, jak kazała Voldemortowi pocałować się w cztery litery, jego wielbicielowi nie wyszło zaklęcie, mające ich rzucić na kolana.
Ona, na kolanach przed dzbanem? Prędzej jej kaktus na dłoni wyrośnie – a przynajmniej tak mogła się zarzekać. Bo w życiu bywało różnie. Bo mogło dojść do tego całkiem niedobrowolnie, tak jak miało stać się to teraz.
I nie, zapewne nie dało się przeoczyć tej satysfakcji, malującej się w oczach Bones, zdających się rzucać wyzwanie. Zarówno Voldemortowi, jak i śmierciożercy. No dalej, na co czekacie, tacy wielcy i wspaniali, a jednak zmuszenie do ugięcia karku okazuje się poza zasięgiem możliwości?
Dość szybko przekonała się, że nieugryzienie się w język miało swoje konsekwencje; tu i teraz nie wiedziała jeszcze, jakie, ale gdyby ją spytać później, gdy kolejny uzdrowiciel rozkładał ręce, co by zrobiła, gdyby mogła cofnąć się w czasie? Cóż, zapewne stwierdziłaby, że nie tylko jeszcze raz postąpiłaby tak samo, ale i również bardzo chętnie porządniej nawtykała tej gliździe, która chyba uważała się za boga. Boga, skoro miał czelność twierdzić, iż może robić co chce, kiedy chce…?
- … po moim trupie – burknęła; bo oczywiście, nie mogła tak po prostu zostawić zapowiedzi, że będzie musiała uklęknąć. Nie wyobrażała sobie również, że zrobiłby to Steward. Tak, ta deklaracja prawdopodobnie zawierała w sobie bardzo wiele prawdy. Bo klęknięcie oznaczałoby poddaństwo. Oznaczałoby uznanie jego władzy i potęgi – czegoś, z czym przysięgała walczyć.
Co chciała zwalczać, z każdym swoim oddechem.
Inaczej po co w ogóle by się tu znalazła…?
Zostali sami. Ich troje – nie, zaraz, jeszcze przecież… - czworo, w krainie poza światem, który znali. W krainie, w której o mały włos się nie rozpłynęli – a jednak, jednak… zamiast tego stało się coś zgoła przeciwnego – nie ich wchłonięto, ale oni wchłonęli coś. Konsekwencje tego…? Dopiero miało się okazać.
- … dlaczego mam wrażenie, że ostatecznie zawiedliśmy? – rzuciła cicho w przestrzeń, nawet nie patrząc na towarzyszy. Jeśli już, to wpatrywała się w błękitne płomienie, te same, w których wcześniej widziała wszystko, nie próbując nawet powstrzymać Bulstrode'a.
Bo choć zniszczyli kamień, coś, co utrzymywało energię cyklu tam, gdzie nie powinno jej być, to ten, ten… i tak wziął, co chciał. Zrobił, co chciał. Konsekwencje tego? Obawiała się, że bardzo tragiczne w skutkach.
A potem przyszła ciemność...
Ona, na kolanach przed dzbanem? Prędzej jej kaktus na dłoni wyrośnie – a przynajmniej tak mogła się zarzekać. Bo w życiu bywało różnie. Bo mogło dojść do tego całkiem niedobrowolnie, tak jak miało stać się to teraz.
I nie, zapewne nie dało się przeoczyć tej satysfakcji, malującej się w oczach Bones, zdających się rzucać wyzwanie. Zarówno Voldemortowi, jak i śmierciożercy. No dalej, na co czekacie, tacy wielcy i wspaniali, a jednak zmuszenie do ugięcia karku okazuje się poza zasięgiem możliwości?
Dość szybko przekonała się, że nieugryzienie się w język miało swoje konsekwencje; tu i teraz nie wiedziała jeszcze, jakie, ale gdyby ją spytać później, gdy kolejny uzdrowiciel rozkładał ręce, co by zrobiła, gdyby mogła cofnąć się w czasie? Cóż, zapewne stwierdziłaby, że nie tylko jeszcze raz postąpiłaby tak samo, ale i również bardzo chętnie porządniej nawtykała tej gliździe, która chyba uważała się za boga. Boga, skoro miał czelność twierdzić, iż może robić co chce, kiedy chce…?
- … po moim trupie – burknęła; bo oczywiście, nie mogła tak po prostu zostawić zapowiedzi, że będzie musiała uklęknąć. Nie wyobrażała sobie również, że zrobiłby to Steward. Tak, ta deklaracja prawdopodobnie zawierała w sobie bardzo wiele prawdy. Bo klęknięcie oznaczałoby poddaństwo. Oznaczałoby uznanie jego władzy i potęgi – czegoś, z czym przysięgała walczyć.
Co chciała zwalczać, z każdym swoim oddechem.
Inaczej po co w ogóle by się tu znalazła…?
Zostali sami. Ich troje – nie, zaraz, jeszcze przecież… - czworo, w krainie poza światem, który znali. W krainie, w której o mały włos się nie rozpłynęli – a jednak, jednak… zamiast tego stało się coś zgoła przeciwnego – nie ich wchłonięto, ale oni wchłonęli coś. Konsekwencje tego…? Dopiero miało się okazać.
- … dlaczego mam wrażenie, że ostatecznie zawiedliśmy? – rzuciła cicho w przestrzeń, nawet nie patrząc na towarzyszy. Jeśli już, to wpatrywała się w błękitne płomienie, te same, w których wcześniej widziała wszystko, nie próbując nawet powstrzymać Bulstrode'a.
Bo choć zniszczyli kamień, coś, co utrzymywało energię cyklu tam, gdzie nie powinno jej być, to ten, ten… i tak wziął, co chciał. Zrobił, co chciał. Konsekwencje tego? Obawiała się, że bardzo tragiczne w skutkach.
A potem przyszła ciemność...