24.06.2023, 22:59 ✶
Bulstrode skrzywił się lekko, słysząc kolejne słowa Voldemorta. Czarnoksiężnik ewidentnie był pewien swego i nic nie mogło powstrzymać go przed zwyczajnym wyciągnięciem rąk przed siebie i sięgnięciem po cokolwiek tylko chciał. Mógł jednak przy tym wszystkim zwyczajnie się zamknąć i zachować swoje przemyślenia dla siebie. Puste zdania tylko dodatkowo rozdrażniały Atreusa bo czuł jak staje się coraz słabszy, jakby cała ta gadka tylko rozciągała nieprzyjemnie czas. W końcu jednak, zarówno Czarny Dzban, jak i jego poplecznicy, zniknęli pozostawiając na polanie tylko pracowników ministerstwa.
Bulstrode przetoczył spojrzeniem po towarzyszach, potem żłobieniach w ziemi, ostatecznie zatrzymując się na gorejącym krzewie. Czuł się źle. Okropnie, jakby miejsce w którym się znajdowali tylko przyczyniało się do stanu w jakim znajdowało się wcześniej jego ciało.
Przez chwilę wpatrywał się w błękitne płomienie, aż wreszcie dojrzał tam siebie. Przewijające się sceny, które migały mu przed oczami, a które jednak doskonale widział. Nie miał nawet pretensji o to, że cały pochód obrazów kończyły te z Brenną i mimo tego, że powinien czuć, że coś jest nie tak, to jedyne co go wypełniało, to poczucie spełnienia.
Nawet nie zorientował się kiedy, a zaczął iść. Krok za krokiem, powoli bo wciąż czuł coraz słabszy. Teraz jednak nie miało to większego znaczenia. Nie, kiedy patrzenie na niego przynosiło spokój i pewnego rodzaju przekonanie, że całe to zmęczenie, cały ból odejdzie gdy tylko dotknie płomieni.
- Wrócić? - wyłapał słowa Victorii, powtarzając je z pewnym ociąganiem, jakby wizja powrotu nagle wydała się o wiele bardziej mdła i mniej kusząca. Płomienie obiecywały spokój i ukojenie, czemu więc nie spróbować, nie wyciągnąć do nich ręki i całkowicie im się nie oddać? Wreszcie miałby spokój. Wreszcie by odpoczął. Wreszcie...
Obejrzał się na Lestrange, kiedy złapała go za nadgarstek. Nie wyrwał się, nie odepchnął jej, ale wyraźnie zmarszczył brwi w zbolałym wręcz geście.
- Jestem tak... zmęczony... - pożalił się jej, jakby to miało tłumaczyć wszystko i ta właśnie skarga była ostatnim co pamiętał...
Bulstrode przetoczył spojrzeniem po towarzyszach, potem żłobieniach w ziemi, ostatecznie zatrzymując się na gorejącym krzewie. Czuł się źle. Okropnie, jakby miejsce w którym się znajdowali tylko przyczyniało się do stanu w jakim znajdowało się wcześniej jego ciało.
Przez chwilę wpatrywał się w błękitne płomienie, aż wreszcie dojrzał tam siebie. Przewijające się sceny, które migały mu przed oczami, a które jednak doskonale widział. Nie miał nawet pretensji o to, że cały pochód obrazów kończyły te z Brenną i mimo tego, że powinien czuć, że coś jest nie tak, to jedyne co go wypełniało, to poczucie spełnienia.
Nawet nie zorientował się kiedy, a zaczął iść. Krok za krokiem, powoli bo wciąż czuł coraz słabszy. Teraz jednak nie miało to większego znaczenia. Nie, kiedy patrzenie na niego przynosiło spokój i pewnego rodzaju przekonanie, że całe to zmęczenie, cały ból odejdzie gdy tylko dotknie płomieni.
- Wrócić? - wyłapał słowa Victorii, powtarzając je z pewnym ociąganiem, jakby wizja powrotu nagle wydała się o wiele bardziej mdła i mniej kusząca. Płomienie obiecywały spokój i ukojenie, czemu więc nie spróbować, nie wyciągnąć do nich ręki i całkowicie im się nie oddać? Wreszcie miałby spokój. Wreszcie by odpoczął. Wreszcie...
Obejrzał się na Lestrange, kiedy złapała go za nadgarstek. Nie wyrwał się, nie odepchnął jej, ale wyraźnie zmarszczył brwi w zbolałym wręcz geście.
- Jestem tak... zmęczony... - pożalił się jej, jakby to miało tłumaczyć wszystko i ta właśnie skarga była ostatnim co pamiętał...