25.06.2023, 00:33 ✶
Udało się. Udało się. Udało się. Udało się.
Chciał sobie powtarzać bez końca, że się udało, że naprawdę się udało, że rozbił ten pierdolony kamień, że zrobił to teraz, nie później, nie dużo później, gdy dziura między dwoma światami byłaby tak wielka, że obydwa ścierałyby się między sobą w bezustannej walce (i gdy potrzeba byłoby więcej niż jednego młotka i metalowego bloku).
Udało się. Udało się. Udało się. Udało się.
Patrick patrzył na zasklepiającą się szczelinę, na porastające wokół niej pnącza, ciągle powtarzając sobie to samo krótkie zdanie: Udało się. Udało się, nawet jeśli Voldemort zdążył się nachłeptać mocy.
Odwrócił głowę w stronę odzywającej się Mavelle. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale po chwili zamknął je bez wypowiedzenia choćby jednego zdania. Nie miał sił na to, by zastanawiać się, czy mogli zrobić coś więcej, co więcej, szybciej i jak.
Udało się. Udało się. Udało się.
Patrick poczuł się zmęczony. Tak bardzo zmęczony, że upadł na kolana. Nie wiedział, czy bardziej chodziło o fizyczne wyczerpanie czy o to, co właśnie działo się z jego głową. O wszystkie te nieprzyjemne myśli, które teraz wielką falą zaczęły zalewać umysł. Myślał o dziadkach i o wujku, o trójce ludzi, którzy szczerze go kochali i zestawiał ich twarze z wizją ojca, która stanęła tej nocy na jego drodze.
Udało się. Udało się. Udało…
Słyszał krzyki Victorii, ale nie miał sił, by jakoś na nie zareagować. Jeśli Atreus już tu był to najważniejsze, żeby nie dał się pochłonąć ogniowi. Jakoś się potem wydostaną. Jak już przestanie być taki zmęczony. Teraz myślami błądził przy ojcu, nagle czując, że chciałby mu wiele powiedzieć. Nie, nie o tym jak dorastał, jak się wstydził, jak zawsze czuł oszustem. Chciał wyjaśnić, że chodziło tylko o służbę Grinewaldowi, że byłby dumny ze swoich rodziców gdyby się tylko wyrzekli, że tylko o to chodziło. I najlepiej, żeby babcia miała rację, żeby dziadek i wujek się mylili, że wystarczyłoby mu nawet, by ojciec skłamał.
Patrick nie zorientował się, gdy stracił przytomność.
Chciał sobie powtarzać bez końca, że się udało, że naprawdę się udało, że rozbił ten pierdolony kamień, że zrobił to teraz, nie później, nie dużo później, gdy dziura między dwoma światami byłaby tak wielka, że obydwa ścierałyby się między sobą w bezustannej walce (i gdy potrzeba byłoby więcej niż jednego młotka i metalowego bloku).
Udało się. Udało się. Udało się. Udało się.
Patrick patrzył na zasklepiającą się szczelinę, na porastające wokół niej pnącza, ciągle powtarzając sobie to samo krótkie zdanie: Udało się. Udało się, nawet jeśli Voldemort zdążył się nachłeptać mocy.
Odwrócił głowę w stronę odzywającej się Mavelle. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale po chwili zamknął je bez wypowiedzenia choćby jednego zdania. Nie miał sił na to, by zastanawiać się, czy mogli zrobić coś więcej, co więcej, szybciej i jak.
Udało się. Udało się. Udało się.
Patrick poczuł się zmęczony. Tak bardzo zmęczony, że upadł na kolana. Nie wiedział, czy bardziej chodziło o fizyczne wyczerpanie czy o to, co właśnie działo się z jego głową. O wszystkie te nieprzyjemne myśli, które teraz wielką falą zaczęły zalewać umysł. Myślał o dziadkach i o wujku, o trójce ludzi, którzy szczerze go kochali i zestawiał ich twarze z wizją ojca, która stanęła tej nocy na jego drodze.
Udało się. Udało się. Udało…
Słyszał krzyki Victorii, ale nie miał sił, by jakoś na nie zareagować. Jeśli Atreus już tu był to najważniejsze, żeby nie dał się pochłonąć ogniowi. Jakoś się potem wydostaną. Jak już przestanie być taki zmęczony. Teraz myślami błądził przy ojcu, nagle czując, że chciałby mu wiele powiedzieć. Nie, nie o tym jak dorastał, jak się wstydził, jak zawsze czuł oszustem. Chciał wyjaśnić, że chodziło tylko o służbę Grinewaldowi, że byłby dumny ze swoich rodziców gdyby się tylko wyrzekli, że tylko o to chodziło. I najlepiej, żeby babcia miała rację, żeby dziadek i wujek się mylili, że wystarczyłoby mu nawet, by ojciec skłamał.
Patrick nie zorientował się, gdy stracił przytomność.
Koniec sesji