Nie wiedział, czy powinien dziękować bogom za to, że zachował dość rozsądku, by pozostać z Danielle na środku polany, czy też wyklinać pod niebiosa, że nie mógł nieść pomocy tym, którzy zostali uwięzieni za wirującą ścianą wiatru. Z każdą upływającą chwilą żywioł zdawał się przybierać na sile. Erikowi brzęczało od tego wszystkiego w uszach, jakby o taczały go zewsząd gwiżdżące czajniki z wrzącą wodą. Jego ubranie trzepotało na wietrze, a oko cholernie bolało... Dobrze, że chociaż Śmierciożercę udało im się obezwładnić. Drobne zwycięstwo w obliczu tej klęski żywiołowej.
Minuty nie dłużyły się nieskończenie, lecz wręcz przeciwnie. Czas zdawał się pędzić nieubłaganie, by doprowadzić ich do jednego określonego momentu. Longbottom nie wiedział, czy to adrenalina w jego żyłach sprawiła, że kilkanaście minut w centrum wiru minęło mu, jak z bicza strzelił, czy też to interwencja Śmierciożerców oprócz rozbudzenia magii żywiołów wpłynęła też na upływ czasu. Mimo to mężczyzna robił co w jego mocy, by zabezpieczyć aresztowanego i swych bliskich. Niestety, w pewnym momencie nawet jego działania, połączone ze staraniami kuzynki okazały się bezsilne wobec potęgi wiatru.
Ziemia zatrzęsła się pod ich stopami, wiatr jakby jeszcze bardziej przybrał na sile (o ile było to w ogóle możliwe), a potem... Zapadła ciemność.
Nie wiedział, ile czasu upłynęło, gdy ponownie otworzył oczy, jednak dosyć szybko zorientował się, że coś było nie tak. Nie dość, że był zawieszony w powietrzu, to jeszcze przytulał się do rozłożystych, grubych i twardych korzeni wielkiego drzewa, które w jego mniemaniu zjawiło się znikąd. Erik uniósł głowę, momentalnie krzywiąc się na tępy ból w okolicy oka.
— Nie jest dobrze. — Spróbował dotknąć fioletowego siniaka, po czym momentalnie syknął z niezadowoleniem. — Ała! — jęknął cicho, kręcąc się na korzeniu, w poszukiwaniu kuzynki. — Dani, gdzie ty...
Dopiero gdy zaczął się rozglądać, zdał sobie sprawę z tego, jak drastycznie zmniejszyło się jego pole widzenia. Cholera jasna. przeklął w myślach, starając się skupić wzrok na znajdującej się kilka metrów niżej ziemi. Zdarzyło mu się już parę razy oberwać w życiu, jednak rzadko aż tak bardzo, żeby nie widzieć na jedno oko.
— Hej… Tam są ludzie! Ministerstwo, oni chyba zdążyli — zawołał, a wtedy zrozumiał, że już było po wszystkim. Walka dobiegła końca, jednak jaki był jej ostateczny rezultat?
Jego nawoływania przyniosły skutek. Jeden z wysłanników Ministerstwa Magii zauważył, że miota się pośród korzeni wielkiego drzewa i zdołał sprowadzić całą ich trójkę na ziemię: Erika, Danielle i anonimowego Śmierciożerca. Tak. Nim należało zająć się w pierwszej kolejności.
— Aresztujcie go. W tej chwili. Wyślijcie do aresztu i trzymajcie pod kluczem, dopóki nie będzie kogoś wolnego. Zero wpuszczania kogokolwiek do niego. Żadnej rodziny. Spróbujcie ustalić jego tożsamość i za żadne skarby nie dajcie go zwolnić jakiemuś urzędasowi — wycedził Erik do najbliższego pracownika Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Kto wie, jakimi koneksjami mógł się poszczycić ten terrorysta?
Następnie mimowolnie, niemalże naturalnie ruszył w kierunku miejsca, gdzie rozkopywano ziemię. Zwolnił kroku, a następnie zatrzymał się, jakby nie mogąc zrozumieć, czemu ktokolwiek w obliczu tego wszystkiego, co działo się jeszcze niedawno na polanie, miałby zajmować się rozkopywaniem ziemi. Zaczął się rozglądać na prawo i lewo, lekko oszołomiony.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞