Geraldine przyglądała się uważnie przyjacielowi. Przejęła się tym, co mówił. W końcu na polanie doszło do dramatycznej sytuacji. Wstała z miejsca i ruszyła w stronę barku, który znajdował się w salonie, wyciągnęła z niego burbon i dwie szklanki. Nie pytała, czy Jonathan ma ochotę się napić, asekuracyjnie nalała alkoholu do dwóch i postawiła je wraz z butelką na niewielkim stoliku, jeśli będzie miał cheć - to po nią sięgnie. Sama Yaxley wzięła swoją szklankę i usiadła ponownie przy przyjacielu. Upiła spory łyk. - Nie sądzę, żeby ministerstwo zablokowało polanę Jo, w końcu przez to ludzie nie mogli stamtąd uciec. - Nie zabraliby obecnym szybkiej drogi ucieczki, przynajmniej tak się wydawało pannie Yaxley.
- Ciekawi mnie co to było. Masz rację, że zwolenników może być za mało i pewnie szuka wsparcia w innych miejscach. - Nadal nie docierało do niej to, co się wydarzyło. Dzięki Jonathanowi nie przeżyła tego na własnej skórze - skutecznie odesłał ją do domu, gdzie była bezpieczna.
- Nawet o tym nie myśl. On jest potężny, nie przeżyłabym gdyby coś Ci się stało. - Na samą myśl o tym, że mogłaby go stracić poczuła się nieswojo. Wypełniały ją różne emocje, wcześniej nie były tak silne, coś się zmieniło i wydawało jej się, że Jonathan również to czuje. Nie miała pojęcia dlaczego. Może przez to, że był w takim niebezpieczeństwie? Uświadomiła sobie ile naprawdę dla niej znaczył.
- Jak Cię nie chcę? Przecież jesteś jedną z najważniejszych osób w moim życiu Jonathan. - Spoglądała na niego uważnie, dostrzegła zmianę, zauważyła, że patrzył na nią inaczej, tylko dlaczego?