28.06.2023, 10:17 ✶
Być może Brenna upierałaby się bardziej w kwestii zapłaty za kawę, gdyby nie kolejne słowa Philipa dotyczące datku. (Postanowiła po prostu, że przy następnej okazji zostawić barmanowi parę sykli z poleceniem, by uznał je za zapłatę za kawę albo posiłek "na koszt baru", gdyby stawił się tutaj ktoś, kogo niezbyt będzie na taki stać.) W jej ciemnych oczach znowu błysnęło rozbawienie, które po chwili starannie skryła.
Datek.
Chciał dać jej datek.
Brenna, wbrew pozorom, nie wydawała bardzo wiele. Miała sterty galeonów, a jednocześnie nie interesował jej zakup antyków, eleganckie ubrania czy buty kupowała średnio raz na trzy miesiące, gdy potrzebowała ich na jakąś specjalną okazję. Nie odwiedzała kosmetyczki, a u fryzjera (zdaniem Potterowskiej części rodziny) bywała "skandalicznie rzadko". Ostatni raz na wakacjach była trzy lata temu i był to krótki wypad z krewnymi, nie do żadnego luksusowego miejsca. Przepuszczała pieniądze głównie na prezenty dla rodziny, zwłaszcza chrześnicy i nie potrafiła nie sięgnąć po sakiewkę, kiedy wiedziała, że ktoś czegoś potrzebuje. Sama jednak, zajęta głównie pracą, i mieszkająca wciąż w domu rodzinnym, na siebie wydawała bardzo niewiele - przede wszystkim na jedzenie oraz mugolskie książki. W konsekwencji najczęściej na koniec miesiąca wciąż miała w sakiewce parę galeonów ze swojej pensji. Obracała się głównie w towarzystwie osób, które same żyły od pierwszego do pierwszego i znały wartość pieniądza.
Ale gdyby zechciała, mogłaby wypełnić ten pub pieniędzmi od piwnicy aż po strych.
Gdyby było inaczej, zapewne obraziłaby się w tej chwili śmiertelnie. Zazwyczaj, jeśli nie byłeś żebrakiem (a chyba nie wyglądała aż tak źle, jak londyńscy bezdomni...?) tego typu propozycje nie były przyjmowane z radością. Ponieważ jednak Brenna datku nie potrzebowała, jego propozycja raczej ją rozweseliła, poza tym... nie zamierzała odmawiać. Zawsze był jakiś cel charytatywny, na który przydadzą się dodatkowe pieniądze, prawda? Nawet jeśli to nie dwadzieścia tysięcy galeonów od Elliotta Malfoya.
- To bardzo uprzejmie z pana strony - zapewniła, wciąż hamując rozbawienie. - Nie odmawiam datków - stwierdziła, zgodnie z prawdą przecież, zbierała je bardzo często, a potem bardzo pilnowała takich spraw, jak pokwitowania, rozliczenia, wykazanie, gdzie pieniądze trafiły, na jakie cele były przeznaczone, a potem jeszcze sprawdzenia, czy dane miejsce faktycznie odpowiednio wykorzystało fundusze - i nie okazało się, że na przykład według ksiąg rachunkowych ubranka dla dzieci z sierocińca kosztują tyle, że powinny być haftowane złotą nicią, podczas gdy to zwykłe mundurki. - Każda suma, jaką uzna pan za stosowną, będzie odpowiednia - zapewniła uprzejmie.
Datek.
Chciał dać jej datek.
Brenna, wbrew pozorom, nie wydawała bardzo wiele. Miała sterty galeonów, a jednocześnie nie interesował jej zakup antyków, eleganckie ubrania czy buty kupowała średnio raz na trzy miesiące, gdy potrzebowała ich na jakąś specjalną okazję. Nie odwiedzała kosmetyczki, a u fryzjera (zdaniem Potterowskiej części rodziny) bywała "skandalicznie rzadko". Ostatni raz na wakacjach była trzy lata temu i był to krótki wypad z krewnymi, nie do żadnego luksusowego miejsca. Przepuszczała pieniądze głównie na prezenty dla rodziny, zwłaszcza chrześnicy i nie potrafiła nie sięgnąć po sakiewkę, kiedy wiedziała, że ktoś czegoś potrzebuje. Sama jednak, zajęta głównie pracą, i mieszkająca wciąż w domu rodzinnym, na siebie wydawała bardzo niewiele - przede wszystkim na jedzenie oraz mugolskie książki. W konsekwencji najczęściej na koniec miesiąca wciąż miała w sakiewce parę galeonów ze swojej pensji. Obracała się głównie w towarzystwie osób, które same żyły od pierwszego do pierwszego i znały wartość pieniądza.
Ale gdyby zechciała, mogłaby wypełnić ten pub pieniędzmi od piwnicy aż po strych.
Gdyby było inaczej, zapewne obraziłaby się w tej chwili śmiertelnie. Zazwyczaj, jeśli nie byłeś żebrakiem (a chyba nie wyglądała aż tak źle, jak londyńscy bezdomni...?) tego typu propozycje nie były przyjmowane z radością. Ponieważ jednak Brenna datku nie potrzebowała, jego propozycja raczej ją rozweseliła, poza tym... nie zamierzała odmawiać. Zawsze był jakiś cel charytatywny, na który przydadzą się dodatkowe pieniądze, prawda? Nawet jeśli to nie dwadzieścia tysięcy galeonów od Elliotta Malfoya.
- To bardzo uprzejmie z pana strony - zapewniła, wciąż hamując rozbawienie. - Nie odmawiam datków - stwierdziła, zgodnie z prawdą przecież, zbierała je bardzo często, a potem bardzo pilnowała takich spraw, jak pokwitowania, rozliczenia, wykazanie, gdzie pieniądze trafiły, na jakie cele były przeznaczone, a potem jeszcze sprawdzenia, czy dane miejsce faktycznie odpowiednio wykorzystało fundusze - i nie okazało się, że na przykład według ksiąg rachunkowych ubranka dla dzieci z sierocińca kosztują tyle, że powinny być haftowane złotą nicią, podczas gdy to zwykłe mundurki. - Każda suma, jaką uzna pan za stosowną, będzie odpowiednia - zapewniła uprzejmie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.