28.06.2023, 20:02 ✶
To mógłby być koniec i Atreus nie widział w tym nic aż tak złego, gdyby tylko mógł dotknąć płomienia, który żarzył się na znajdującym przed nim krzaku. W jakiś sposób spełnienie, jakie go wypełniało, łagodziło wszelkie możliwe perspektywy zakończenia tej przygody. Uścisk Victorii na ręce był ostatnim czym pamiętał, zanim opadł na ziemię. Albo raczej, była to ostatnia rzecz która wydawała mu się w miarę logiczna. Reszta była zlepkiem doświadczeń i obrazów, w które to raz po raz wpadał i z których się wynurzał. Czuł się, jakby jego ciało i duch wyłapywały osobne rzeczy i czasem tylko zestrajały się ponownie w jedno, jednak na zbyt krótki moment, by dusza znowu nie ześlizgnęła się gdzieś dalej.
Kiedy wreszcie otworzył oczy, nie widział nic. Otaczała go ciemność, ale wiedział że znajdował się we własnym ciele. Czuł, jak mięśnie napinają się, kiedy zerwał się do pozycji siedzącej i wreszcie też usłyszał kobiecy głos, który jasno i wyraźnie poświadczał mu, że znajdował się w krainie żywych.
Nie zajęło mu długo, aż ponownie opadł na poduszki. Wyczerpany i próbując jakoś poukładać sobie w głowie to, czego właściwie doświadczał i czemu znajdował się w obecności Wielkiej Arcykapłanki. Powoli wracający wzrok pozwalał mu też stwierdzić, że nie znajdował się ani w szpitalu, ani we własnym domu. Z resztą... na to ostatnie pachniało zwyczajnie zbyt... inaczej. Nie mówiąc już o tym, że na każde jego życzenie miał grono panien gotowych do ich realizacji. Momentami jeszcze zastanawiał się, czy faktycznie nie zszedł z tego świata.
Dłoń wciąż bolała, a bezczynność dosłownie zabijała go. Jakaś część niego rwała się by wstać i rzucić do ministerstwa, chcąc upewnić się, ze schwytany przez niego śmierciożerca był żywy i zdatny do jakiegokolwiek przesłuchania. I szyszka - czy z ten cholerny świstoklik wciąż miał przy sobie? Czy był sprawny? Ciało jednak było słabe, a on, mimo że odziany w obciachowy szlafrok i z coraz to nowymi pytaniami, cieszył się z tej nowo nabytej popularności.
Kiedy wreszcie otworzył oczy, nie widział nic. Otaczała go ciemność, ale wiedział że znajdował się we własnym ciele. Czuł, jak mięśnie napinają się, kiedy zerwał się do pozycji siedzącej i wreszcie też usłyszał kobiecy głos, który jasno i wyraźnie poświadczał mu, że znajdował się w krainie żywych.
Nie zajęło mu długo, aż ponownie opadł na poduszki. Wyczerpany i próbując jakoś poukładać sobie w głowie to, czego właściwie doświadczał i czemu znajdował się w obecności Wielkiej Arcykapłanki. Powoli wracający wzrok pozwalał mu też stwierdzić, że nie znajdował się ani w szpitalu, ani we własnym domu. Z resztą... na to ostatnie pachniało zwyczajnie zbyt... inaczej. Nie mówiąc już o tym, że na każde jego życzenie miał grono panien gotowych do ich realizacji. Momentami jeszcze zastanawiał się, czy faktycznie nie zszedł z tego świata.
Dłoń wciąż bolała, a bezczynność dosłownie zabijała go. Jakaś część niego rwała się by wstać i rzucić do ministerstwa, chcąc upewnić się, ze schwytany przez niego śmierciożerca był żywy i zdatny do jakiegokolwiek przesłuchania. I szyszka - czy z ten cholerny świstoklik wciąż miał przy sobie? Czy był sprawny? Ciało jednak było słabe, a on, mimo że odziany w obciachowy szlafrok i z coraz to nowymi pytaniami, cieszył się z tej nowo nabytej popularności.