Choć na ogół uśmiech na jej twarzy rozlewał się miękko, bardziej jak lepki, późnoletni sok, aniżeli nieprzejednane, gwałtowne drganie kącików ust – tym razem jednak napiętnowało się całunem odmienności w swej materii. Myśli lotne, miriady w zasadzie, kłębiły się w niespójność w kruchym umyśle, zahaczając o tematy różnorakie i mnogie; na pracy (tej, która zostawiła zaschnięte pociągnięcia akrylu na smukłych palcach) oraz na kwestiach rodzinnych i rozbieżnych. Istotnie, z prędkością nieomal sięgającą światła, stukotem obcasów zwiastowała swoją obecność na ulicy Pokątnej.
Pięta-palce, pięta-palce, pięta-…
Zamroczyło ją wręcz niesamowicie, gdy z gwałtownością niemałej wichury, burzy targającej rzęsistym deszczem sady, dusznością odnajdywalną w chłodzie bytowania – wpadła na osobistość początkowo nieplasującą się pośród znajomych oblicz, uśmiech jednak rozkwitł, pąsem znacząc oblicze, gdy tylko skojarzyła koncepcję wszechświata bzdurnie umieszczoną w tym spotkaniu.
Uniosła dłoń, lekko drżącą, przykładając ją do drobnego, znaczonego pajęczyną piegów nosa – tego, który spotkał się w bezlitosnej kolizji z ramieniem młodego (czy już aż tak?) Malfoy’a. I gdy tak zbierała te papiery niepoukładane, pochylając się nad jedną ze stronic, prędko zreflektowała się, iż z jej nosa kapie parę zaledwie kropel szkarłatnej posoki. Ułożyły się tuż na podpisie Elliotta – sama Loretta rozszerzyła szeroko oczy i naprędce wytarła nos o rękaw koszuli.
– Nie będziemy się teraz przerzucać winą – rzekła, wyciągając ręce przed siebie; te, w których piętrzyły się uprzednio porozrzucane świstki papieru.
– Ach, istotnie, wspominał coś. Nie uważasz, Elliocie, że te całe konwenanse to bardzo głupie są? No bo przecież mogłabym teraz być śmielsza i zaproponować zawadiacko kawę, jednak no właśnie – nie potrafię. Tę metaforę kieruję więc do ciebie, jeśli jej nie odbierzesz w sposób właściwy, nie wyłamiemy się z tych okropnie brzydko usztywniających ram! – rzekła na jednym wdechu. – W końcu estetyka to moje drugie imię.