29.06.2023, 02:49 ✶
Patrick nie ucieszył się z bólu. Może wynikało to z nieświadomości, z tego, że dla niego – tak naprawdę – zmęczenie wcale nie minęło, zmieniła się tylko pozycja, w której przebywał. Zmienił się też czas, ale o tym, że się zmienił, w pierwszych kilku sekundach wcale nie wiedział. Zamrugał powiekami, kompletnie nie rozumiejąc co się z nim działo i dlaczego.
Wspomnienia wracały falami a on czuł się trochę jak wyrzucony na brzeg rozbitek. Stragany na Beltane. Longbottom goniący razem z nim za stworzonym z atramentu stworem. Atakujący ich Żywiołak. Spotkanie z dziewczyną o włosach jak zachód słońca. Ściana dymu i ognia. Sporo zdziwienia, gdy Erik perorował nad wygranymi u goblina czerwonymi majtkami (jakby Patrick kiedykolwiek planował je założyć). Upadający Śmierciożercy. Euforia, gdy udało mu się zarzucić wianek na pal. Wstajacy Śmierciożercy. Ogień. Wyczarowany przez niego Patronus, który rozproszył przekleństwo ciążące na żywiołaku. Zalewająca płuca woda, gdy wbiegli do portalu. Szepty. Limbo. Voldemort czerpiący z mocy ognisk. Cudze wspomnienia. Sylwetka ojca Patricka (na jej wspomnienia nawet teraz poczuł żal i irytację). Szeptucha mówiąca o młotku. Naprawdę zniszczył ten kamień młotkiem?
Steward starał się poruszyć głową. Myśli nie do końca składały mu się w logiczną całość. Nie wiedział czemu byli w namiocie, czemu leżeli na łóżkach, czemu niby mieli umierać? Nie znał się ani na limbo, ani na duchach. Nigdy do tej pory wiedza o świecie ezoterycznym nie była mu potrzebna a teraz, powoli zaczęło do niego docierać, że chyba jednak miał bardzo poważne braki.
Mnóstwo braków, bo nic nie pamiętał. Niczego nie rozumiał. Czemu nie widział? Nie słyszał? Chciał unieść rękę. Potrzeć palcami wewnętrzne kąciki oczu. Wstać. Podnieść się. Nie powinien leżeć. Teraz nie było czasu na leżenie.
Zamrugał. Raz. Drugi. Trzeci. Czwarty. Piąty. Dziesiąty. Dwudziesty.
Dlaczego cud? Przecież nic im się nie stało. Czemu z Atreusem miałoby nie być w porządku? Przecież przybiegł, gdy zagrożenie już właściwie minęło. Nawet nie zadrasnęło ich jedno zaklęcie. Przecież wybrali życie.
Zmysły wracały powoli a wraz z nimi wyostrzał się umysł Stewarda.
Odwrócił głowę w stronę kobiet, gdy usłyszał, że są przytomne.
- Co my tutaj robimy? – wychrypiał, posyłając im pytające spojrzenie. A potem jakby dotarło do niego o czym rozmawiały, bo dodał. – Ktoś musiał go powstrzymać. Przynajmniej tego przeklętego kamienia już nie ma.
I jakby wspomnienie kamienia, słowne wspomnienie artefaktu z kosmosu, przeklętego przedmiotu, który ogniskował moc ognisk Beltane i zasilił Voldemorta, to jakby sprawiło, że spróbował podnieść się gwałtownie i usiąść. Nie mógł leżeć. Nie mógł czekać nie wiadomo na co. Musiał napisać list do Albusa. Dyrektor powinien wiedzieć co się wydarzyło ostatniej nocy…
- Potrzebuję pióra. I papieru. I sowy – rzucił w eter, jakby mając nadzieję, że wszystkie trzy pojawią się przed nim. Musiał napisać do Dumbledore’a, to było dużo ważniejsze, niż jego fizyczne samopoczucie.
Wspomnienia wracały falami a on czuł się trochę jak wyrzucony na brzeg rozbitek. Stragany na Beltane. Longbottom goniący razem z nim za stworzonym z atramentu stworem. Atakujący ich Żywiołak. Spotkanie z dziewczyną o włosach jak zachód słońca. Ściana dymu i ognia. Sporo zdziwienia, gdy Erik perorował nad wygranymi u goblina czerwonymi majtkami (jakby Patrick kiedykolwiek planował je założyć). Upadający Śmierciożercy. Euforia, gdy udało mu się zarzucić wianek na pal. Wstajacy Śmierciożercy. Ogień. Wyczarowany przez niego Patronus, który rozproszył przekleństwo ciążące na żywiołaku. Zalewająca płuca woda, gdy wbiegli do portalu. Szepty. Limbo. Voldemort czerpiący z mocy ognisk. Cudze wspomnienia. Sylwetka ojca Patricka (na jej wspomnienia nawet teraz poczuł żal i irytację). Szeptucha mówiąca o młotku. Naprawdę zniszczył ten kamień młotkiem?
Steward starał się poruszyć głową. Myśli nie do końca składały mu się w logiczną całość. Nie wiedział czemu byli w namiocie, czemu leżeli na łóżkach, czemu niby mieli umierać? Nie znał się ani na limbo, ani na duchach. Nigdy do tej pory wiedza o świecie ezoterycznym nie była mu potrzebna a teraz, powoli zaczęło do niego docierać, że chyba jednak miał bardzo poważne braki.
Mnóstwo braków, bo nic nie pamiętał. Niczego nie rozumiał. Czemu nie widział? Nie słyszał? Chciał unieść rękę. Potrzeć palcami wewnętrzne kąciki oczu. Wstać. Podnieść się. Nie powinien leżeć. Teraz nie było czasu na leżenie.
Zamrugał. Raz. Drugi. Trzeci. Czwarty. Piąty. Dziesiąty. Dwudziesty.
Dlaczego cud? Przecież nic im się nie stało. Czemu z Atreusem miałoby nie być w porządku? Przecież przybiegł, gdy zagrożenie już właściwie minęło. Nawet nie zadrasnęło ich jedno zaklęcie. Przecież wybrali życie.
Zmysły wracały powoli a wraz z nimi wyostrzał się umysł Stewarda.
Odwrócił głowę w stronę kobiet, gdy usłyszał, że są przytomne.
- Co my tutaj robimy? – wychrypiał, posyłając im pytające spojrzenie. A potem jakby dotarło do niego o czym rozmawiały, bo dodał. – Ktoś musiał go powstrzymać. Przynajmniej tego przeklętego kamienia już nie ma.
I jakby wspomnienie kamienia, słowne wspomnienie artefaktu z kosmosu, przeklętego przedmiotu, który ogniskował moc ognisk Beltane i zasilił Voldemorta, to jakby sprawiło, że spróbował podnieść się gwałtownie i usiąść. Nie mógł leżeć. Nie mógł czekać nie wiadomo na co. Musiał napisać list do Albusa. Dyrektor powinien wiedzieć co się wydarzyło ostatniej nocy…
- Potrzebuję pióra. I papieru. I sowy – rzucił w eter, jakby mając nadzieję, że wszystkie trzy pojawią się przed nim. Musiał napisać do Dumbledore’a, to było dużo ważniejsze, niż jego fizyczne samopoczucie.