02.11.2022, 12:22 ✶
- A uwierzyłabyś, gdybym po prostu powiedziała „tak”? – spytała Brenna, posyłając przy tym Eden promienny uśmiech. Nie zdawała się ani odrobinę urażona. Wydawało się, że wszystkie złośliwości, mniej lub bardziej wyraźne, po prostu odbijają się od niewidzialnego pancerza.
Albo nie była osobą, która zwraca na nie uwagę, albo dobrze się maskowała, albo… była za głupia, by je zrozumieć. Eden miała w gruncie rzeczy pełne prawo uznać ostatnie, prawda?
- W pewnych sytuacjach? Oczywiście, że tak. Mógł upozorować swoją śmierć albo zaginięcie, więc nie sądzi, że ktoś połączy kropki. Mógł przyjechać do nas na przykład z USA i zakłada, że nie domyślimy się, że jest metamorfomagiem, więc nie sprawdzimy tamtejszych rejestrów. Albo wyjechał na lata i teraz wrócił – wyliczyła możliwości, wyginając kolejne palce. Tak, wciąż używała zbyt wielu słów. Po prawdzie gdy bardzo chciała, umiała się ograniczyć. Coś w zachowaniu Eden sprawiało jednak, że odruchowo traktowała ją tak, jak odnosiła się do swoich przyjaciół, chociaż zdecydowanie z innych pobudek niż w ich towarzystwie. – Chociaż oczywiście, brak rejestracji to też możliwa odpowiedź.
Brenna lubiła brać pod uwagę wszystkie opcje. To wymagało wiele czasu, ale też kiedy już zaczynała w czymś kopać, w pewnym momencie dokopywała się do tego, co chciała wyciągnąć spod ziemi. Nawet jeżeli w tym celu musiała zryć cały ten metaforyczny ogródek.
– Tylko tyle? W takim razie potem może się skuszę. A jeśli chodzi o gwarancję: to nie, tej ci nie dam. Musiałabym… przewinąć wszystkie wspomnienia sztyletu z paru miesięcy, a to niestety nie leży w ludzkiej mocy. Ale mamy już opis ofiary. Może przydać się choćby wiedza o tym, co z nią dalej zrobił.
Widmowidzenie, niestety, nie było zbyt ścisłą dziedziną magii. Brenna prawdopodobnie nawet nie dziwiła się specjalnie, że niektórzy kompletnie nie dają mu wiary. Wizje bywały kapryśne, wiele zależało też od mocy widmowidza. Minęły lata, zanim sama zdołała opanować swój talent.
- Och, Eden, uważasz, że jestem śliczna? Jesteś taką miłą osobą – rozczuliła się, kładąc jedną z dłoni na sercu, nim udzieliła odpowiedzi, już trochę bardziej rzeczowym tonem. – Dosłownie, ale spokojnie, nie poproszę, żebyś prowadziła mnie za rączkę. Nie tracę wizji całkowicie. Poza tym jestem pewna, że niechcący poprowadziłabyś mnie na schody i zapomniała wspomnieć o stopniu.
W pewnych przypadkach obraz zamazywał się – i ten wizji, i ten realny, przynajmniej w przypadku Brenny. Jeśli coś bardzo nie poszło albo jeżeli nadużyła swojego talentu. Ot była jeszcze trochę za młoda, aby móc naprawdę dużo czasu spędzać, oglądając obrazy przeszłości… Chociaż podejrzewała, że i dużo od niej starsi miewają podobne przypadki. Na całe szczęście sensacja zwykle szybko ustępowała, a co najwyżej świat był odrobinę zamazany.
Obróciła sztylet w dłoniach, przez moment wahając się, w które dokładnie wspomnienie próbować „wskoczył”. Ostatecznie przymknęła oczy i ponownie rzuciła się w wir przeszłości.
Gdy je otworzyła, wszystko faktycznie było zamazane. Nie tylko przez dym. Twarz Eden zamieniła się w białą plamę i Brenna wiedziała, że jakieś dwie minutki posiedzi sobie po prostu spokojnie w kręgu. Nie, nie było mowy o kolejnych próbach. Zobaczyłaby co najwyżej dużo kłębiącej się czerni.
- Fletcher – wydusiła z siebie, kręcąc głową, by pozbyć się odprysków wizji, jakby wypalonej pod powiekami. – Był tam gość, którego nazwał „Fletcher”. Ciemne włosy, na oko po trzydziestce, szary prochowiec. Trochę niższy ode mnie. Rozmawiali o Nokturnie. Albo tam mieszka, albo ma jakiś lokal.
Nie było to danie odpowiedzi na tacy, ale jeżeli aurorzy naprawdę nie potrafili sprawdzić, który Fletcher ma ponad trzydzieści lat, około metr siedemdziesiąt siedem wzrostu, ciemne oczy i mieszka lub prowadzi lokal na Nokturnie, a potem przycisnąć go w odpowiedni sposób, to zdecydowanie powinni zmienić ścieżkę kariery.
Albo nie była osobą, która zwraca na nie uwagę, albo dobrze się maskowała, albo… była za głupia, by je zrozumieć. Eden miała w gruncie rzeczy pełne prawo uznać ostatnie, prawda?
- W pewnych sytuacjach? Oczywiście, że tak. Mógł upozorować swoją śmierć albo zaginięcie, więc nie sądzi, że ktoś połączy kropki. Mógł przyjechać do nas na przykład z USA i zakłada, że nie domyślimy się, że jest metamorfomagiem, więc nie sprawdzimy tamtejszych rejestrów. Albo wyjechał na lata i teraz wrócił – wyliczyła możliwości, wyginając kolejne palce. Tak, wciąż używała zbyt wielu słów. Po prawdzie gdy bardzo chciała, umiała się ograniczyć. Coś w zachowaniu Eden sprawiało jednak, że odruchowo traktowała ją tak, jak odnosiła się do swoich przyjaciół, chociaż zdecydowanie z innych pobudek niż w ich towarzystwie. – Chociaż oczywiście, brak rejestracji to też możliwa odpowiedź.
Brenna lubiła brać pod uwagę wszystkie opcje. To wymagało wiele czasu, ale też kiedy już zaczynała w czymś kopać, w pewnym momencie dokopywała się do tego, co chciała wyciągnąć spod ziemi. Nawet jeżeli w tym celu musiała zryć cały ten metaforyczny ogródek.
– Tylko tyle? W takim razie potem może się skuszę. A jeśli chodzi o gwarancję: to nie, tej ci nie dam. Musiałabym… przewinąć wszystkie wspomnienia sztyletu z paru miesięcy, a to niestety nie leży w ludzkiej mocy. Ale mamy już opis ofiary. Może przydać się choćby wiedza o tym, co z nią dalej zrobił.
Widmowidzenie, niestety, nie było zbyt ścisłą dziedziną magii. Brenna prawdopodobnie nawet nie dziwiła się specjalnie, że niektórzy kompletnie nie dają mu wiary. Wizje bywały kapryśne, wiele zależało też od mocy widmowidza. Minęły lata, zanim sama zdołała opanować swój talent.
- Och, Eden, uważasz, że jestem śliczna? Jesteś taką miłą osobą – rozczuliła się, kładąc jedną z dłoni na sercu, nim udzieliła odpowiedzi, już trochę bardziej rzeczowym tonem. – Dosłownie, ale spokojnie, nie poproszę, żebyś prowadziła mnie za rączkę. Nie tracę wizji całkowicie. Poza tym jestem pewna, że niechcący poprowadziłabyś mnie na schody i zapomniała wspomnieć o stopniu.
W pewnych przypadkach obraz zamazywał się – i ten wizji, i ten realny, przynajmniej w przypadku Brenny. Jeśli coś bardzo nie poszło albo jeżeli nadużyła swojego talentu. Ot była jeszcze trochę za młoda, aby móc naprawdę dużo czasu spędzać, oglądając obrazy przeszłości… Chociaż podejrzewała, że i dużo od niej starsi miewają podobne przypadki. Na całe szczęście sensacja zwykle szybko ustępowała, a co najwyżej świat był odrobinę zamazany.
Obróciła sztylet w dłoniach, przez moment wahając się, w które dokładnie wspomnienie próbować „wskoczył”. Ostatecznie przymknęła oczy i ponownie rzuciła się w wir przeszłości.
Gdy je otworzyła, wszystko faktycznie było zamazane. Nie tylko przez dym. Twarz Eden zamieniła się w białą plamę i Brenna wiedziała, że jakieś dwie minutki posiedzi sobie po prostu spokojnie w kręgu. Nie, nie było mowy o kolejnych próbach. Zobaczyłaby co najwyżej dużo kłębiącej się czerni.
- Fletcher – wydusiła z siebie, kręcąc głową, by pozbyć się odprysków wizji, jakby wypalonej pod powiekami. – Był tam gość, którego nazwał „Fletcher”. Ciemne włosy, na oko po trzydziestce, szary prochowiec. Trochę niższy ode mnie. Rozmawiali o Nokturnie. Albo tam mieszka, albo ma jakiś lokal.
Nie było to danie odpowiedzi na tacy, ale jeżeli aurorzy naprawdę nie potrafili sprawdzić, który Fletcher ma ponad trzydzieści lat, około metr siedemdziesiąt siedem wzrostu, ciemne oczy i mieszka lub prowadzi lokal na Nokturnie, a potem przycisnąć go w odpowiedni sposób, to zdecydowanie powinni zmienić ścieżkę kariery.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.