29.06.2023, 11:43 ✶
Odetchnęła z prawdziwą ulgą, kiedy Michaelson po chwili wahania podszedł do Carrowa. Nie mogliby go tutaj zostawić, więc gdyby się opierał, musiałaby go oszołomić i przenieść całą drogę na magicznych noszach, a wolała, aby spacerował dobrowolnie. Nie skomentowała sprawy ulotki. Nie mogli o tym rozmawiać: nie przy nim. Niemagiczny tylko jeszcze bardziej by się zestresował.
Nie było specjalnie zaskakujące, że to Samowi ostatecznie udało się przekonać mugola. Brenna niekoniecznie była najbardziej charyzmatyczną jednostką pod słońcem, a to zdecydowanie nie był jej dzień. Mugol widział przed sobą śmiertelnie bladą kobietę o zaciętym wyrazie twarzy w pobrudzonym, porwanym ubraniu, i chłopca o normalnym wyglądzie i sympatycznej aparycji.
Brenna ukradkiem, gdy Sam i mugol ruszyli przodem, obróciła się jeszcze i wyczarowała na jednej z gałązek wstążkę, zaznaczając, że tu byli. A potem poszła, dość pośpiesznie - by na skraju lasu ich wyprzedzić.
- Poczekaj chwilę - poprosiła Samuela, po czym rzuciła się biegiem do najbliższego pracownika Ministerstwa, jakiego dostrzegła. Przez chwilę szeptali coś pomiędzy sobą - Brenna szybko tłumaczyła, że mają tu do cholery mugola, którego najwyraźniej porwał świstoklik, sprawę trzeba zbadać, a jemu samemu zmodyfikować pamięć i załatwić transport do Londynu. Zajęło to chwilę, ale po jakichś trzech minutach wróciła do Carrowa i Michaelsona. Po kolejnych pięciu minutach pojawiła się przy nich niska czarownica, która poprosiła, aby Michaelson poszedł z nią, obiecując, że obejrzą jego obrażenia, zbiorą zeznania i niedługo zabiorą z powrotem do domu. Brenna odprowadziła go spojrzeniem, marszcząc brwi.
- Cholera jasna - podsumowała tylko krótko całą sytuację. Samuela znała za słabo, aby dzielić się z nim przemyśleniami na ten temat, chociaż myśli ich obojga dryfowały w podobnym, przykrym kierunku.
Voldemort postanowił porwać mugoli i wrzucić ich w samo centrum Polany Ogni. Gdzieś w Londynie pozostawiono nielegalne świstokliki. Chyba po to, aby mieli dziś rano więcej do sprzątania w Ministerstwie Magii - żaden inny powód nie przychodził Brennie do głowy. Przecież wczoraj było dość jasne, że Brygadziści i Aurorzy nie rzucą się pomagać mugolom: nie wiedzieli nawet, że ci są na polanie, a w pierwszej kolejności musieli walczyć z pojawiającymi się wszędzie śmierciożercami.
W tym lesie byli zapewne nie tylko ranni i martwi czarodzieje, ale także mugole, którzy znaleźli się tutaj, nie mając pojęcia, co się dzieje. Pozbawieni magii, jakiej mogliby użyć do swojej obrony. Na samą myśl mdłości, jakie i tak czuła od samego rana - do licha, chyba powinna była coś zjeść, dopiero teraz przyszło jej do głowy, że mogło mdlić ją też z głodu... - nasilały się.
Dlatego odpowiedź na pytanie Sama mogła być tylko jedna.
- Ja jeszcze wracam - dorzuciła po prostu, pozwalając by z jej ust wydobyło się westchnienie. A potem obróciła się i znów ruszyła w Knieję, w ciemność lasu. Odgłosy Doliny, gdzie kręcili się czarodzieje, powoli zanikały, w miarę jak podążali w kierunku, z którego przyprowadzili mugola, by ponownie podjąć poszukiwania w punkcie, w którym je przerwali. Brenna znów zaciskała palce na różdżce, a jej spojrzenie przesuwało się pomiędzy drzewami.
!B2
Nie było specjalnie zaskakujące, że to Samowi ostatecznie udało się przekonać mugola. Brenna niekoniecznie była najbardziej charyzmatyczną jednostką pod słońcem, a to zdecydowanie nie był jej dzień. Mugol widział przed sobą śmiertelnie bladą kobietę o zaciętym wyrazie twarzy w pobrudzonym, porwanym ubraniu, i chłopca o normalnym wyglądzie i sympatycznej aparycji.
Brenna ukradkiem, gdy Sam i mugol ruszyli przodem, obróciła się jeszcze i wyczarowała na jednej z gałązek wstążkę, zaznaczając, że tu byli. A potem poszła, dość pośpiesznie - by na skraju lasu ich wyprzedzić.
- Poczekaj chwilę - poprosiła Samuela, po czym rzuciła się biegiem do najbliższego pracownika Ministerstwa, jakiego dostrzegła. Przez chwilę szeptali coś pomiędzy sobą - Brenna szybko tłumaczyła, że mają tu do cholery mugola, którego najwyraźniej porwał świstoklik, sprawę trzeba zbadać, a jemu samemu zmodyfikować pamięć i załatwić transport do Londynu. Zajęło to chwilę, ale po jakichś trzech minutach wróciła do Carrowa i Michaelsona. Po kolejnych pięciu minutach pojawiła się przy nich niska czarownica, która poprosiła, aby Michaelson poszedł z nią, obiecując, że obejrzą jego obrażenia, zbiorą zeznania i niedługo zabiorą z powrotem do domu. Brenna odprowadziła go spojrzeniem, marszcząc brwi.
- Cholera jasna - podsumowała tylko krótko całą sytuację. Samuela znała za słabo, aby dzielić się z nim przemyśleniami na ten temat, chociaż myśli ich obojga dryfowały w podobnym, przykrym kierunku.
Voldemort postanowił porwać mugoli i wrzucić ich w samo centrum Polany Ogni. Gdzieś w Londynie pozostawiono nielegalne świstokliki. Chyba po to, aby mieli dziś rano więcej do sprzątania w Ministerstwie Magii - żaden inny powód nie przychodził Brennie do głowy. Przecież wczoraj było dość jasne, że Brygadziści i Aurorzy nie rzucą się pomagać mugolom: nie wiedzieli nawet, że ci są na polanie, a w pierwszej kolejności musieli walczyć z pojawiającymi się wszędzie śmierciożercami.
W tym lesie byli zapewne nie tylko ranni i martwi czarodzieje, ale także mugole, którzy znaleźli się tutaj, nie mając pojęcia, co się dzieje. Pozbawieni magii, jakiej mogliby użyć do swojej obrony. Na samą myśl mdłości, jakie i tak czuła od samego rana - do licha, chyba powinna była coś zjeść, dopiero teraz przyszło jej do głowy, że mogło mdlić ją też z głodu... - nasilały się.
Dlatego odpowiedź na pytanie Sama mogła być tylko jedna.
- Ja jeszcze wracam - dorzuciła po prostu, pozwalając by z jej ust wydobyło się westchnienie. A potem obróciła się i znów ruszyła w Knieję, w ciemność lasu. Odgłosy Doliny, gdzie kręcili się czarodzieje, powoli zanikały, w miarę jak podążali w kierunku, z którego przyprowadzili mugola, by ponownie podjąć poszukiwania w punkcie, w którym je przerwali. Brenna znów zaciskała palce na różdżce, a jej spojrzenie przesuwało się pomiędzy drzewami.
!B2
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.