29.06.2023, 15:18 ✶
Próbowała na niego nie patrzeć; za każdym razem, gdy przypadkiem zerkała na jego rozpromienioną twarz, sama miała ochotę parsknąć śmiechem, a powaga sytuacji chyba wymagała jakiegoś opanowania. Nie chciała, żeby brygadzistka wklepała w protokół, że obydwoje ewidentnie szaleju się najedli i chyba pomylili potencjalne miejsce jakiejś zbrodni z biesiadą. Eden mogła wydawać się niewzruszona całym ambarasem, ale o swoją opinię mimo wszystko dbała.
Plan spalił na panewce jednak, bo Moody wcale nie zamierzał ułatwiać jej sprawy. Bridgers zeszła na drugi lub dalszy plan, zmieniając się w element wystroju klatki schodowej. Równie dobrze mogłoby jej tu nie być, tak samo jak i mieszkania.
Posłała mu piorunujące spojrzenie, gdy wyjechał z The Loft. Zerknęła najpierw na niego, potem oczy przeskoczyły na moment na brygadzistkę, aby z powrotem wrócić ku twarzy Alastora. Chciała dać mu znać bezgłośnie, że to nie jest czas i miejsce na podryw, ale jednocześnie przegrała walkę ze samą sobą i uśmiechnęła się pod nosem. Przymknęła powieki, a potem zacisnęła szczelnie usta, próbując się nie zaśmiać - widać było jak na dłoni, że profesjonalizm Eden właśnie staczał walkę z głupim poczuciem humoru, które mało kto był w stanie wydobyć.
Alastorowi zawsze udawało się bezbłędnie.
- O dziewiętnastej? Nie robisz już nadgodzin do późnej nocy? W domu wszyscy zdrowi? - Zapytała sztucznie zmartwiona, po czym w końcu pozwoliła sobie na śmiech. Odnosiła wrażenie, że jeśli tłumiłaby ten chichot w piersiach choćby chwilę dłużej, rozsadziłby ją od środka. - Coś ci nie wierzę. Będę musiała to sprawdzić - rzuciła, nie przystając wprost na jego zawoalowaną propozycję. Może przyjdzie, a może nie? Na pewno chciała, ale czy serce wygra z rozumem? Tego dowiedzą się dzisiaj wieczorem.
Musiała przelotnie skupić się na Bridgers, choć w sumie sama wywołała szydło z worka. Przejrzała od niechcenia prezentowane dokumenty, po czym kiwnęła głową, gdy kobieta poprosiła o podpis. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjęła pióro wieczne, a następnie umieściła pierwszą literę swojego imienia i nazwisko. Zawsze czuła dziwne spięcie, widząc, że spod jej palców wychodzi Lestrange.
Schowała pióro za pazuchę, zapięła marynarkę i już zakładała ręce na piersi, gdy Alastor otworzył drzwi i zalał ich smród tysiąclecia. Eden widocznie się skrzywiła, marszcząc nos. Była wyraźnie niezadowolona, ale nie wyglądała na wzruszoną. Może dlatego, że przekleństwa wybrzmiewające w jej głowie słyszała tylko ona sama.
- Mnie od urodzenia nic nie rusza - oświadczyła, wzruszając ramionami. Musiała przyznać, śmierdziało nieziemsko, aż w oczy szczypie, ale nie miała zamiaru chować się jak dziecko. Przeżyła w życiu gorsze rzeczy, a ponadto dorastała z nieco starszym bratem.
Weszła do środka ostatnia, unosząc brwi w zaskoczeniu. Stan mieszkania był sprzeczny z jego wonią. Rozejrzała się raz jeszcze dokładnie, obracając się wokół własnej osi. Nawet otworzyła jakąś losową szafkę, najwyraźniej nie bojąc się śmierci.
- Uwielbiam aromat czarnej magii przed obiadem. Wzmaga apetyt - rzuciła sarkastycznie, rzucając swoją teczkę na pobliski stolik, a następnie podparła się pod boki. - Panie władzo, mogę sobie usiąść w czasie, gdy sprawdzacie oczywiste? - Zapytała Moody’ego, wskazując palcem na kanapę.
Plan spalił na panewce jednak, bo Moody wcale nie zamierzał ułatwiać jej sprawy. Bridgers zeszła na drugi lub dalszy plan, zmieniając się w element wystroju klatki schodowej. Równie dobrze mogłoby jej tu nie być, tak samo jak i mieszkania.
Posłała mu piorunujące spojrzenie, gdy wyjechał z The Loft. Zerknęła najpierw na niego, potem oczy przeskoczyły na moment na brygadzistkę, aby z powrotem wrócić ku twarzy Alastora. Chciała dać mu znać bezgłośnie, że to nie jest czas i miejsce na podryw, ale jednocześnie przegrała walkę ze samą sobą i uśmiechnęła się pod nosem. Przymknęła powieki, a potem zacisnęła szczelnie usta, próbując się nie zaśmiać - widać było jak na dłoni, że profesjonalizm Eden właśnie staczał walkę z głupim poczuciem humoru, które mało kto był w stanie wydobyć.
Alastorowi zawsze udawało się bezbłędnie.
- O dziewiętnastej? Nie robisz już nadgodzin do późnej nocy? W domu wszyscy zdrowi? - Zapytała sztucznie zmartwiona, po czym w końcu pozwoliła sobie na śmiech. Odnosiła wrażenie, że jeśli tłumiłaby ten chichot w piersiach choćby chwilę dłużej, rozsadziłby ją od środka. - Coś ci nie wierzę. Będę musiała to sprawdzić - rzuciła, nie przystając wprost na jego zawoalowaną propozycję. Może przyjdzie, a może nie? Na pewno chciała, ale czy serce wygra z rozumem? Tego dowiedzą się dzisiaj wieczorem.
Musiała przelotnie skupić się na Bridgers, choć w sumie sama wywołała szydło z worka. Przejrzała od niechcenia prezentowane dokumenty, po czym kiwnęła głową, gdy kobieta poprosiła o podpis. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjęła pióro wieczne, a następnie umieściła pierwszą literę swojego imienia i nazwisko. Zawsze czuła dziwne spięcie, widząc, że spod jej palców wychodzi Lestrange.
Schowała pióro za pazuchę, zapięła marynarkę i już zakładała ręce na piersi, gdy Alastor otworzył drzwi i zalał ich smród tysiąclecia. Eden widocznie się skrzywiła, marszcząc nos. Była wyraźnie niezadowolona, ale nie wyglądała na wzruszoną. Może dlatego, że przekleństwa wybrzmiewające w jej głowie słyszała tylko ona sama.
- Mnie od urodzenia nic nie rusza - oświadczyła, wzruszając ramionami. Musiała przyznać, śmierdziało nieziemsko, aż w oczy szczypie, ale nie miała zamiaru chować się jak dziecko. Przeżyła w życiu gorsze rzeczy, a ponadto dorastała z nieco starszym bratem.
Weszła do środka ostatnia, unosząc brwi w zaskoczeniu. Stan mieszkania był sprzeczny z jego wonią. Rozejrzała się raz jeszcze dokładnie, obracając się wokół własnej osi. Nawet otworzyła jakąś losową szafkę, najwyraźniej nie bojąc się śmierci.
- Uwielbiam aromat czarnej magii przed obiadem. Wzmaga apetyt - rzuciła sarkastycznie, rzucając swoją teczkę na pobliski stolik, a następnie podparła się pod boki. - Panie władzo, mogę sobie usiąść w czasie, gdy sprawdzacie oczywiste? - Zapytała Moody’ego, wskazując palcem na kanapę.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~