29.06.2023, 18:35 ✶
- Silenco załatwi sprawę - odparła Brenna, uśmiechając się półgębkiem (choć był to uśmiech blady, trochę wymuszony), ale nie, nie nalegała. Jeszcze nie. Trzymała się nadziei, że ktoś znajdzie sposób na to, aby Mavelle i Patrick przestali być tacy... zimni. Że w jakiś sposób uda się coś z tym zrobić albo przejdzie to z czasem. Nie dopuszczała do siebie myśli o tym, że stali się jakąś formą nieumarłych. Po prostu: Brenna nie przyjmowała tego do wiadomości. Otarli się o śmierć, owszem, ale przecież żyli. Ich serca biły. To musiała być jakaś klątwa, efekt tego, co się im przydarzyło albo działań Voldemorta.
- Pewnie nikt - przyznała uczciwie i przysiadła na krańcu łóżka, pośród tych wszystkich kołder i kocy, którymi chciała spróbować ogrzać kuzynkę. Nie wiedziała jeszcze, że to nie podziała. Że nic, co wymyśli, nie podziała. - Ale myślę, że to może być dobry pomysł, gdyby ktoś takiego potrzebował. Dolina Godryka nie wchodzi w grę. W Lecznicy może pracować magipsychiatra, który służy Voldemortowi. Zahipnotyzuje kogoś. Albo po prostu ktoś, kto powie trochę za dużo. Nie wspominając o tym, że nikt z nas nie mógłby być z takim szczery.
A wtedy jaki sens w tej całej psychoterapii?
Tu ujawniała się cała paranoja Brenny. Nie mogli iść do Lecznicy. Ale kiedy patrzyła na kuzynkę, czuła, że ta powinna mieć kogoś takiego pod ręką. Że ktoś taki mógłby być potrzebny Danielle. Że być może Charles chciałby z kimś porozmawiać.
Za odpowiednią ilość galeonów można kupić wiele. Być może parę tygodni "wakacji" w Anglii kogoś z zagranicy. Kogoś, najlepiej mugolskiego pochodzenia, kto nie ma pojęcia o ich wojnie, widział tylko nagłówki gazet. Kogoś, o kogo obecności będą wiedzieli tylko oni, kto dostanie sowitą opłatę i potem zostanie odeskortowany z powrotem.
Być może kogoś, kogo pamięć potem odrobinę zmodyfikują.
Paranoja Brenny walczyła w tym wszystkim z chęcią pomocy - i tym, że nie wiedziała, jak sama może pomóc.
- Tak. Będziesz księżniczką pod ziarnkiem grochu - stwierdziła Brenna z powagą. A potem sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej zdjęcie. - Mam coś dla ciebie. Sprawdź, czy możesz to podnieść, mówiąc o Voldemortcie.
Podała kuzynce... fotografię.
Ta przedstawiała dzban. Bardzo czarny, bardzo brzydki dzban.
Dość szybko zdążyli się przekonać, że Mavelle obłożono klątwą. Uzdrowiciele w końcu badali ją na wszystkie strony. A Brenna nie byłaby sobą, gdyby nie próbowała znaleźć sposobu na jej obejście - póki nie zdołają jej zdjąć, co na pewno nastąpi prędzej czy później. I tak, to nie był największy z ich problemów. Nie mieścił się nawet w pierwszej dziesiątce. Ale pogodzenie się z sytuacją byłoby w pewnym sensie… poddaniem się. Nawet gdy szło o taką głupotę. A Brenna tego ranka, gdy wygrzebała się spod ziemi i rozglądała po polanie, przysięgła sobie i Matce Księżyca jedno.
Zawsze będzie walczyła z Voldemortem, nawet w najdrobniejszej sprawie, nigdy nie ustąpi i nigdy się nie podda. A cholernych klątwołamaczy będzie szukała na końcu świata, bo nawet jeżeli Mavelle nie chciała ich teraz, istniała spora szansa na to, że wkrótce zmieni zdanie.
- Pewnie nikt - przyznała uczciwie i przysiadła na krańcu łóżka, pośród tych wszystkich kołder i kocy, którymi chciała spróbować ogrzać kuzynkę. Nie wiedziała jeszcze, że to nie podziała. Że nic, co wymyśli, nie podziała. - Ale myślę, że to może być dobry pomysł, gdyby ktoś takiego potrzebował. Dolina Godryka nie wchodzi w grę. W Lecznicy może pracować magipsychiatra, który służy Voldemortowi. Zahipnotyzuje kogoś. Albo po prostu ktoś, kto powie trochę za dużo. Nie wspominając o tym, że nikt z nas nie mógłby być z takim szczery.
A wtedy jaki sens w tej całej psychoterapii?
Tu ujawniała się cała paranoja Brenny. Nie mogli iść do Lecznicy. Ale kiedy patrzyła na kuzynkę, czuła, że ta powinna mieć kogoś takiego pod ręką. Że ktoś taki mógłby być potrzebny Danielle. Że być może Charles chciałby z kimś porozmawiać.
Za odpowiednią ilość galeonów można kupić wiele. Być może parę tygodni "wakacji" w Anglii kogoś z zagranicy. Kogoś, najlepiej mugolskiego pochodzenia, kto nie ma pojęcia o ich wojnie, widział tylko nagłówki gazet. Kogoś, o kogo obecności będą wiedzieli tylko oni, kto dostanie sowitą opłatę i potem zostanie odeskortowany z powrotem.
Być może kogoś, kogo pamięć potem odrobinę zmodyfikują.
Paranoja Brenny walczyła w tym wszystkim z chęcią pomocy - i tym, że nie wiedziała, jak sama może pomóc.
- Tak. Będziesz księżniczką pod ziarnkiem grochu - stwierdziła Brenna z powagą. A potem sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej zdjęcie. - Mam coś dla ciebie. Sprawdź, czy możesz to podnieść, mówiąc o Voldemortcie.
Podała kuzynce... fotografię.
Ta przedstawiała dzban. Bardzo czarny, bardzo brzydki dzban.
Dość szybko zdążyli się przekonać, że Mavelle obłożono klątwą. Uzdrowiciele w końcu badali ją na wszystkie strony. A Brenna nie byłaby sobą, gdyby nie próbowała znaleźć sposobu na jej obejście - póki nie zdołają jej zdjąć, co na pewno nastąpi prędzej czy później. I tak, to nie był największy z ich problemów. Nie mieścił się nawet w pierwszej dziesiątce. Ale pogodzenie się z sytuacją byłoby w pewnym sensie… poddaniem się. Nawet gdy szło o taką głupotę. A Brenna tego ranka, gdy wygrzebała się spod ziemi i rozglądała po polanie, przysięgła sobie i Matce Księżyca jedno.
Zawsze będzie walczyła z Voldemortem, nawet w najdrobniejszej sprawie, nigdy nie ustąpi i nigdy się nie podda. A cholernych klątwołamaczy będzie szukała na końcu świata, bo nawet jeżeli Mavelle nie chciała ich teraz, istniała spora szansa na to, że wkrótce zmieni zdanie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.