29.06.2023, 18:41 ✶
Sytuacja wyglądała beznadziejnie. Ale wciąż żyła. Żyli. Większość rodziny, tych, na których im zależało, przetrwała całe to cholerne Beltane i... czy naprawdę miała prawo narzekać?
Poświeciła się, na własne życzenie. Została ostrzeżona, co się stanie, jeśli nie zawróci. I ostrzeżenie zignorowała, w imię wyższej sprawy. Nie, nie zmiana była tu problemem, a przynajmniej nie sama w sobie. Tylko cała ta jej otoczka, z uzdrowicielami na czele... tak, bardzo szybko miała wszystkiego dość.
Im dalej od uzdrowicieli, tym lepiej. Chyba że sama zdecyduje się do któregoś przespacerować, wtedy to inna para kaloszy; w przeciwieństwie do tych wszystkich, co kręcili się w tamtym szpitalu. Te szepty, te podchwycone rozmowy... nic z tego pozytywnie nie nastrajało. Ale mimo wszystko, w całym tym grajdole, znajdował się miejsce na uśmiech - nawet jeśli nie w pełni wesoły, przygaszony przez okoliczności. Tyle że na luźniejszą odpowiedź się teraz nie zdobyła, poprzestając na dość krzywym uśmiechu.
- Nie mówię, że to zły pomysł. Raczej dobry. Dać możliwość... może akurat - stwierdziła dość ostrożnym tonem. Sama raczej wykluczała, że zgłosi się do takiego uzdrowiciela, a już na pewno nie wtedy, gdy postawić przed nią takowego i powiedzieć: masz tu, korzystaj. Nie, tu trzeba było, żeby jakieś klepki się przestawiły, coś zakliknęło - chęć musiała przyjść ze środka, nie z zewnątrz.
Zwłaszcza że nie mogła uczciwie przyznać, iż nie przydałby się ktoś z zewnątrz, nieuwikłany we wszystkie tutejsze zależności, ktoś, z kim można by było porozmawiać i zyskać inną perspektywę. Bo po takim Beltane jak to... Tak, każdy z domowników miał swoje rany i to niekoniecznie takie w ujęciu fizycznym.
- I kto by pomyślał, że bajki z dzieciństwa okazują się prawdą, tylko trochę taką,, odwróconą? - uśmiechnęła się blado - Nic, tylko zafarbować włosy na blond, bo prawdziwa księżniczka ma złote włosy i znaleźć krawcową, która uszyje suknię godną samej królowej Wiktorii - ciut lżejszy ton. Ciut.
Przysiadła obok Brenny, nadal nie mogąc pozbyć się wrażenia, że tej nocy po prostu zginie pod całą tą stertą. Przekrzywiła ciut głowę, gdy Longbottom sięgnęła po zdjęcie i... zrozumiała, gdy mu się przyjrzała.
- Uwielbiam cię, Brennie - oświadczyła szczerze i z uczuciem. Oczywiście że musiała spróbować już-teraz-natychmiast nawrzucać temu cholernemu... Chciała wskazać palcem na dzban, myśląc o Voldemorcie? Ściana. Chciała podnieść zdjęcie, mówiąc, że ten tu to pije wodę po ogórkach? Ściana. Longbottom mogła dostrzec, jak twarz Mavelle zdaje się tężeć - czyli to nie tak, że usiadła, wzięła zdjęcie i zamarła w bezruchu, zamarzając na wieki wieków i zostając lodową ozdobą tegoż pokoju. Nie.
- Cholera - warknęła ze złością, odrzucając fotografię obok. Dość gwałtownie wstała, nabierając przy tym głośno powietrza, hamując się przed tym, żeby... nie krzyczeć? Nie rozwalić czegoś? Już sama nie wiedziała; pomijając jedną rzecz: czuła, jakby się dusiła. Jakby wszystko to, co chciała powiedzieć, wręcz rozsadzało od środka - ale żadne słowo nie było w stanie spłynąć z ust. Cokolwiek jej zrobił - obejmowało najwyraźniej wszystko. Podeszła do kominka, splatając ręce na piersi, jakoś nie potrafiąc teraz spojrzeć na Longbottom.
- Próbowałam rysować. To też nie wyjdzie - odezwała się cicho, zbyt cicho, po krótkiej chwili milczenia. Czy żałowała, że nie powściągnęła języka? Cóż, jeszcze zbyt mało wody upłynęło, żeby klątwa dopiekła do żywego a nawet i bardziej, ale póki co... nie.
I była całkiem pewna, że bez mrugnięcia okiem nie dość, że ponownie weszłaby do limbo, to jeszcze nawrzucała Voldemortowi. I to tak, że uszy by mu uschły.
Poświeciła się, na własne życzenie. Została ostrzeżona, co się stanie, jeśli nie zawróci. I ostrzeżenie zignorowała, w imię wyższej sprawy. Nie, nie zmiana była tu problemem, a przynajmniej nie sama w sobie. Tylko cała ta jej otoczka, z uzdrowicielami na czele... tak, bardzo szybko miała wszystkiego dość.
Im dalej od uzdrowicieli, tym lepiej. Chyba że sama zdecyduje się do któregoś przespacerować, wtedy to inna para kaloszy; w przeciwieństwie do tych wszystkich, co kręcili się w tamtym szpitalu. Te szepty, te podchwycone rozmowy... nic z tego pozytywnie nie nastrajało. Ale mimo wszystko, w całym tym grajdole, znajdował się miejsce na uśmiech - nawet jeśli nie w pełni wesoły, przygaszony przez okoliczności. Tyle że na luźniejszą odpowiedź się teraz nie zdobyła, poprzestając na dość krzywym uśmiechu.
- Nie mówię, że to zły pomysł. Raczej dobry. Dać możliwość... może akurat - stwierdziła dość ostrożnym tonem. Sama raczej wykluczała, że zgłosi się do takiego uzdrowiciela, a już na pewno nie wtedy, gdy postawić przed nią takowego i powiedzieć: masz tu, korzystaj. Nie, tu trzeba było, żeby jakieś klepki się przestawiły, coś zakliknęło - chęć musiała przyjść ze środka, nie z zewnątrz.
Zwłaszcza że nie mogła uczciwie przyznać, iż nie przydałby się ktoś z zewnątrz, nieuwikłany we wszystkie tutejsze zależności, ktoś, z kim można by było porozmawiać i zyskać inną perspektywę. Bo po takim Beltane jak to... Tak, każdy z domowników miał swoje rany i to niekoniecznie takie w ujęciu fizycznym.
- I kto by pomyślał, że bajki z dzieciństwa okazują się prawdą, tylko trochę taką,, odwróconą? - uśmiechnęła się blado - Nic, tylko zafarbować włosy na blond, bo prawdziwa księżniczka ma złote włosy i znaleźć krawcową, która uszyje suknię godną samej królowej Wiktorii - ciut lżejszy ton. Ciut.
Przysiadła obok Brenny, nadal nie mogąc pozbyć się wrażenia, że tej nocy po prostu zginie pod całą tą stertą. Przekrzywiła ciut głowę, gdy Longbottom sięgnęła po zdjęcie i... zrozumiała, gdy mu się przyjrzała.
- Uwielbiam cię, Brennie - oświadczyła szczerze i z uczuciem. Oczywiście że musiała spróbować już-teraz-natychmiast nawrzucać temu cholernemu... Chciała wskazać palcem na dzban, myśląc o Voldemorcie? Ściana. Chciała podnieść zdjęcie, mówiąc, że ten tu to pije wodę po ogórkach? Ściana. Longbottom mogła dostrzec, jak twarz Mavelle zdaje się tężeć - czyli to nie tak, że usiadła, wzięła zdjęcie i zamarła w bezruchu, zamarzając na wieki wieków i zostając lodową ozdobą tegoż pokoju. Nie.
- Cholera - warknęła ze złością, odrzucając fotografię obok. Dość gwałtownie wstała, nabierając przy tym głośno powietrza, hamując się przed tym, żeby... nie krzyczeć? Nie rozwalić czegoś? Już sama nie wiedziała; pomijając jedną rzecz: czuła, jakby się dusiła. Jakby wszystko to, co chciała powiedzieć, wręcz rozsadzało od środka - ale żadne słowo nie było w stanie spłynąć z ust. Cokolwiek jej zrobił - obejmowało najwyraźniej wszystko. Podeszła do kominka, splatając ręce na piersi, jakoś nie potrafiąc teraz spojrzeć na Longbottom.
- Próbowałam rysować. To też nie wyjdzie - odezwała się cicho, zbyt cicho, po krótkiej chwili milczenia. Czy żałowała, że nie powściągnęła języka? Cóż, jeszcze zbyt mało wody upłynęło, żeby klątwa dopiekła do żywego a nawet i bardziej, ale póki co... nie.
I była całkiem pewna, że bez mrugnięcia okiem nie dość, że ponownie weszłaby do limbo, to jeszcze nawrzucała Voldemortowi. I to tak, że uszy by mu uschły.