29.06.2023, 18:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.06.2023, 09:51 przez Brenna Longbottom.)
Brenna nie zamierzała nikogo gonić do takiej osoby. Nie zamierzała też zajmować się tym dzisiaj, jutro, pojutrze ani za trzy dni. Nie miała na to czasu. Nikt nie miał. Pojawiła się po prostu myśl (chociaż u Brenny od myśli do całego planu był tylko krok i to mały), że gdyby u kogoś pojawiła się taka chęć – dobrze, by był ktoś, to kogo będzie mógł się zwrócić.
Ktoś, kto na pewno nie ma mrocznego znaku na ramieniu.
Wymagało to trochę czasu i wielu galeonów, ale nawet jeżeli Brenna akurat nadmiarem czasu nie dysponowała, to galeony nie stanowiły już problemu.
– Podobno w każdej baśni tkwi ziarno prawdy – powiedziała, obserwując kuzynkę. Nie odrywała od niej spojrzenia, jakby szukała zmian w twarzy, a może tylko chciała wychwycić każdy grymas, każdy drobny gest, odnajdując w nich ukryte znaczenia. Bo wiedziała przecież, że całe Beltane zniszczyło po trochu ich wszystkich: ale dla tych, których wyciągnięto z płomieni, było czymś jeszcze więcej. Odmieniło ich w przedziwny sposób.
– Gdzieś na świecie jest ktoś, kto włada Czarną Różdżką, był kiedyś czarodziej, który wyciął serce swojej żonie, a małe dzieci porzucano w lesie, kiedy brakowało chleba… Chociaż nie jestem pewna, skąd miałoby się wziąć to ziarno grochu – powiedziała. – A jeżeli chodzi o suknię… to tej nawet nie musisz szyć, jestem pewna, że coś znajdziemy tutaj w domu. Od dawna podejrzewam, że mama ma w szafie całą Narnię z przyległościami. A na pewno garderobę Białej Czarownicy.
Z trudem powstrzymała grymas rozczarowania, kiedy Mavelle odrzuciła zdjęcie. Klątwa była potężna. I nie sprowadzała się tylko do splątania języka. Brenna nie dała tego po sobie poznać, ale jej niepokój tylko wzrósł.
Jeżeli Voldemort mógł tak mocno wpływać na ich wolę, za pomocą jednego zaklęcia, co jeszcze mógł zrobić?
Co powstrzyma go przed rzucaniem na lewo i prawo klątw, które na przykład… sprawią, że nie będą mogli używać różdżek?
– Znajdziemy sposób – obiecała Mavelle i sobie, bo musiała w to wierzyć. Nie tylko w kwestii tej jednej klątwy. Musiała wierzyć, że moc Voldemorta da się przełamać. Że nie jest wszechpotężny. Bo gdyby było inaczej, co by jej pozostało? Chyba tylko usiąść i czekać na śmierć. Rzucić się w ogień, który jeszcze wczoraj, na polanie, wabił ją do siebie, obiecując spokój. – Może nie dziś i jutro, ale prędzej czy później na pewno.
A jeżeli nie oni, zrobi to ktoś inny. Pewnego dnia.
Tej osobie nie uda się jednak, jeżeli oni się poddadzą.
Brenna milczała przez chwilę. Przesunęła dłonią po jednym z licznych kocy, poprawiając go odruchowo, wygładzając zmarszczenia. W pokoju robiło się coraz ciemniej, w miarę jak niebo za oknem nabierało czarnej barwy, i źródłem światła stawał się jedynie ogień, wciąż płonący w kominku.
– Co tam się stało, Mav? – spytała w końcu. Nie mogła przynajmniej nie próbować pytać. Nie z ciekawości. Chodziło o dwie sprawy.
O samą Mavelle, ale i o to, że przez cokolwiek przeszła, mogło mieć to wpływ na nich wszystkich. Na Zakon, na społeczeństwo czarodziejów, a sądząc po tym, na co poważył się Voldemort… może i na cały świat.
Ktoś, kto na pewno nie ma mrocznego znaku na ramieniu.
Wymagało to trochę czasu i wielu galeonów, ale nawet jeżeli Brenna akurat nadmiarem czasu nie dysponowała, to galeony nie stanowiły już problemu.
– Podobno w każdej baśni tkwi ziarno prawdy – powiedziała, obserwując kuzynkę. Nie odrywała od niej spojrzenia, jakby szukała zmian w twarzy, a może tylko chciała wychwycić każdy grymas, każdy drobny gest, odnajdując w nich ukryte znaczenia. Bo wiedziała przecież, że całe Beltane zniszczyło po trochu ich wszystkich: ale dla tych, których wyciągnięto z płomieni, było czymś jeszcze więcej. Odmieniło ich w przedziwny sposób.
– Gdzieś na świecie jest ktoś, kto włada Czarną Różdżką, był kiedyś czarodziej, który wyciął serce swojej żonie, a małe dzieci porzucano w lesie, kiedy brakowało chleba… Chociaż nie jestem pewna, skąd miałoby się wziąć to ziarno grochu – powiedziała. – A jeżeli chodzi o suknię… to tej nawet nie musisz szyć, jestem pewna, że coś znajdziemy tutaj w domu. Od dawna podejrzewam, że mama ma w szafie całą Narnię z przyległościami. A na pewno garderobę Białej Czarownicy.
Z trudem powstrzymała grymas rozczarowania, kiedy Mavelle odrzuciła zdjęcie. Klątwa była potężna. I nie sprowadzała się tylko do splątania języka. Brenna nie dała tego po sobie poznać, ale jej niepokój tylko wzrósł.
Jeżeli Voldemort mógł tak mocno wpływać na ich wolę, za pomocą jednego zaklęcia, co jeszcze mógł zrobić?
Co powstrzyma go przed rzucaniem na lewo i prawo klątw, które na przykład… sprawią, że nie będą mogli używać różdżek?
– Znajdziemy sposób – obiecała Mavelle i sobie, bo musiała w to wierzyć. Nie tylko w kwestii tej jednej klątwy. Musiała wierzyć, że moc Voldemorta da się przełamać. Że nie jest wszechpotężny. Bo gdyby było inaczej, co by jej pozostało? Chyba tylko usiąść i czekać na śmierć. Rzucić się w ogień, który jeszcze wczoraj, na polanie, wabił ją do siebie, obiecując spokój. – Może nie dziś i jutro, ale prędzej czy później na pewno.
A jeżeli nie oni, zrobi to ktoś inny. Pewnego dnia.
Tej osobie nie uda się jednak, jeżeli oni się poddadzą.
Brenna milczała przez chwilę. Przesunęła dłonią po jednym z licznych kocy, poprawiając go odruchowo, wygładzając zmarszczenia. W pokoju robiło się coraz ciemniej, w miarę jak niebo za oknem nabierało czarnej barwy, i źródłem światła stawał się jedynie ogień, wciąż płonący w kominku.
– Co tam się stało, Mav? – spytała w końcu. Nie mogła przynajmniej nie próbować pytać. Nie z ciekawości. Chodziło o dwie sprawy.
O samą Mavelle, ale i o to, że przez cokolwiek przeszła, mogło mieć to wpływ na nich wszystkich. Na Zakon, na społeczeństwo czarodziejów, a sądząc po tym, na co poważył się Voldemort… może i na cały świat.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.