29.06.2023, 19:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.12.2023, 11:27 przez Brenna Longbottom.)
- Naprawdę? Ja mam raczej nadzieję, że nikt nie ma kamienia wskrzeszeń – powiedziała Brenna z namysłem. Co do peleryny niewidki… mogła tylko uśmiechnąć się do siebie: bo to była jedna z tych baśni, które w jej rodzinie czasem powtarzano, ale Mavelle, niespokrewniona z Potterami, pewnie tej rodzinnej legendy nigdy nie słyszała.
Czarna różdżka? Jej Brenna obawiałaby się dużo mniej.
– Obiecuję wybrać z niej dla ciebie najpiękniejszą suknię – stwierdziła Brenna miękko, bez rozbawienia w głosie. W tej chwili zdawało się jej, że już nigdy nie poczuje rozbawienia. Wiedziała, że to nieprawda. Wiedziała, że te wszystkie uczucia mijają i widziała już w życiu dość okropności, by zdawać sobie sprawę z tego, że umysł człowieka posiadał zdumiewające bariery ochronne. Chociaż i tak mieli szczęście: ogromne szczęście, bo jako czarodzieje wiedzieli, że jest coś więcej.
Na mugoli czekała tylko czerń i to było coś, z czym jeszcze trudniej się pogodzić.
Kiedy Mavelle usiadła obok, Brenna wyciągnęła ku niej dłoń, splotła ich palce. Zimno skóry Bones pochłaniało ciepło Brenny, a jednocześnie sama ręka Mavelle nie zagrzewała się. Ale Longbottom zignorowała to uczucie, jakby wcale nie czuła chłodu.
Wspomnienia, obrazy. Nie miała pojęcia, co Mavelle przeżywa.
Ale prawdopodobnie potrafiłaby to zrozumieć.
Jej własne sny, odkąd była jeszcze małym dzieckiem, zawsze przecież wypełniały wspomnienia martwych ludzi.
Powinnam była po prostu od razu tam pójść, pomyślała, i to był chyba ten najgorszy z wielu błędów, jakie popełniła na polanie. Brenna zawsze była świadoma własnej niedoskonałości, i przyjmowała to po prostu, bo wszyscy byli ludźmi. Ale tym razem, tutaj, ciężko było to wszystko sobie wybaczyć. Nie powiedziała jednak tego głośno. Nie, bo znała Mavelle i nie miała wątpliwości.
Ona zastanawia się, co by było, gdyby postąpiła inaczej.
Nad tym, dlaczego nie pobiegła w ten ogień wcześniej.
A akurat Mavelle nie powinna mieć wyrzutów sumienia: ona i Patrick zrobili wszystko, co w ludzkiej mocy, by zatrzymać Voldemorta. I towarzyszyła im Victoria – Brenna nie była jeszcze pewna, co o tym myśleć. Były w niej wciąż uczucia wobec Lestrange: uczucia tej nastoletniej dziewczyny z Hogwartu, która kochała wszystkich swoich przyjaciół. Szanowała ją i nie chciała wierzyć, że ta stanie po stronie śmierciożerców. Ale znając poglądy matki Victorii… od dwóch lat Brenna przeczuwała, że nie powinno się jej ufać.
Tymczasem Victoria walczyła ze wszystkich sił. I z jednej strony Brennę to cieszyło, z drugiej martwiła się o Lestrange i jeszcze… może to był kolejny z wielu wyrzutów sumienia: że nie była skłonna zaufać jej całkowicie ot tak, bez żadnych dowodów.
– Parę minut wcześniej i Voldemort prawdopodobnie by was zabił – stwierdziła zamiast tego. Nie był tam przecież sam. Już on jeden byłby śmiertelnie groźnym przeciwnikiem dla dwójki aurorów i Brygadzistki, a z kilkoma śmierciożercami u boku? – A wtedy nikt nie mógłby już niczego zrobić, żeby to przerwać, skarbie. Zrobiliście więcej niż można by oczekiwać, że zrobi ktokolwiek. Najlepsze, co nam się udało, to zdobyć jedną różdżkę i jedną puścić wraz z wiatrem, może są głupi i pójdą do Ollivanderów. A skoro to limbo… być może powstrzymaliście go przed zdobyciem władzy nad śmiercią – dokończyła, ale poczucie beznadziei wciąż tkwiło gdzieś w niej, mieszając się z wyrzutami sumienia. Gaszenie katalizatorów na nic się nie zdało. Może powinna była wygasić ogień, kiedy z nimi skończyli – ale z drugiej strony, czy i to cokolwiek by dało? Nie rozumiała niczego, z tego, co stało się na tej polanie. Wiedziała tylko, że przegrali.
– Pamiętam – powiedziała bezwiednie, bo jak mogłaby nie pamiętać? Kolejny kamyczek do jej poczucia winy, metaforyczny i prawdziwy, ponieważ dostały zgłoszenie w sprawie tego cholernego kamienia, a gdy apare vestigum zadziałało w tak przedziwny sposób, przecież od razu zaczęła myśleć o śmierciożercach. I co? I nic. Niczego nie zdołała znaleźć. Miała ochotę sama sobie dać po głowie za to, nie rozrzuciła po całej Dolinie ulotek o treści: nie przychodźcie na Beltane, dojdzie do ataku!!!
Czarna różdżka? Jej Brenna obawiałaby się dużo mniej.
– Obiecuję wybrać z niej dla ciebie najpiękniejszą suknię – stwierdziła Brenna miękko, bez rozbawienia w głosie. W tej chwili zdawało się jej, że już nigdy nie poczuje rozbawienia. Wiedziała, że to nieprawda. Wiedziała, że te wszystkie uczucia mijają i widziała już w życiu dość okropności, by zdawać sobie sprawę z tego, że umysł człowieka posiadał zdumiewające bariery ochronne. Chociaż i tak mieli szczęście: ogromne szczęście, bo jako czarodzieje wiedzieli, że jest coś więcej.
Na mugoli czekała tylko czerń i to było coś, z czym jeszcze trudniej się pogodzić.
Kiedy Mavelle usiadła obok, Brenna wyciągnęła ku niej dłoń, splotła ich palce. Zimno skóry Bones pochłaniało ciepło Brenny, a jednocześnie sama ręka Mavelle nie zagrzewała się. Ale Longbottom zignorowała to uczucie, jakby wcale nie czuła chłodu.
Wspomnienia, obrazy. Nie miała pojęcia, co Mavelle przeżywa.
Ale prawdopodobnie potrafiłaby to zrozumieć.
Jej własne sny, odkąd była jeszcze małym dzieckiem, zawsze przecież wypełniały wspomnienia martwych ludzi.
Powinnam była po prostu od razu tam pójść, pomyślała, i to był chyba ten najgorszy z wielu błędów, jakie popełniła na polanie. Brenna zawsze była świadoma własnej niedoskonałości, i przyjmowała to po prostu, bo wszyscy byli ludźmi. Ale tym razem, tutaj, ciężko było to wszystko sobie wybaczyć. Nie powiedziała jednak tego głośno. Nie, bo znała Mavelle i nie miała wątpliwości.
Ona zastanawia się, co by było, gdyby postąpiła inaczej.
Nad tym, dlaczego nie pobiegła w ten ogień wcześniej.
A akurat Mavelle nie powinna mieć wyrzutów sumienia: ona i Patrick zrobili wszystko, co w ludzkiej mocy, by zatrzymać Voldemorta. I towarzyszyła im Victoria – Brenna nie była jeszcze pewna, co o tym myśleć. Były w niej wciąż uczucia wobec Lestrange: uczucia tej nastoletniej dziewczyny z Hogwartu, która kochała wszystkich swoich przyjaciół. Szanowała ją i nie chciała wierzyć, że ta stanie po stronie śmierciożerców. Ale znając poglądy matki Victorii… od dwóch lat Brenna przeczuwała, że nie powinno się jej ufać.
Tymczasem Victoria walczyła ze wszystkich sił. I z jednej strony Brennę to cieszyło, z drugiej martwiła się o Lestrange i jeszcze… może to był kolejny z wielu wyrzutów sumienia: że nie była skłonna zaufać jej całkowicie ot tak, bez żadnych dowodów.
– Parę minut wcześniej i Voldemort prawdopodobnie by was zabił – stwierdziła zamiast tego. Nie był tam przecież sam. Już on jeden byłby śmiertelnie groźnym przeciwnikiem dla dwójki aurorów i Brygadzistki, a z kilkoma śmierciożercami u boku? – A wtedy nikt nie mógłby już niczego zrobić, żeby to przerwać, skarbie. Zrobiliście więcej niż można by oczekiwać, że zrobi ktokolwiek. Najlepsze, co nam się udało, to zdobyć jedną różdżkę i jedną puścić wraz z wiatrem, może są głupi i pójdą do Ollivanderów. A skoro to limbo… być może powstrzymaliście go przed zdobyciem władzy nad śmiercią – dokończyła, ale poczucie beznadziei wciąż tkwiło gdzieś w niej, mieszając się z wyrzutami sumienia. Gaszenie katalizatorów na nic się nie zdało. Może powinna była wygasić ogień, kiedy z nimi skończyli – ale z drugiej strony, czy i to cokolwiek by dało? Nie rozumiała niczego, z tego, co stało się na tej polanie. Wiedziała tylko, że przegrali.
– Pamiętam – powiedziała bezwiednie, bo jak mogłaby nie pamiętać? Kolejny kamyczek do jej poczucia winy, metaforyczny i prawdziwy, ponieważ dostały zgłoszenie w sprawie tego cholernego kamienia, a gdy apare vestigum zadziałało w tak przedziwny sposób, przecież od razu zaczęła myśleć o śmierciożercach. I co? I nic. Niczego nie zdołała znaleźć. Miała ochotę sama sobie dać po głowie za to, nie rozrzuciła po całej Dolinie ulotek o treści: nie przychodźcie na Beltane, dojdzie do ataku!!!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.