29.06.2023, 19:38 ✶
Skrzywiła się nieco na wspomnienie. Kamień wskrzeszenia. Nie była pewna, czy i w tym było jakieś ziarno prawdy czy to już całkowity wymysł autora, niemniej… trudno było sobie wyobrazić, że ktoś w tym świecie nagle zyskuje moc przywrócenia ducha do życia.
Ale też jednocześnie poczuła mało przyjemne ukłucie – bo jak ten brat odłączyła czyjąś duszę od zaświatów. Wyniosła ją stamtąd. A przynajmniej tak to postrzegała – i tak, w jakiś sposób czuła się temu winna.
- Najwygodniejszą – poprawiła wręcz odruchowo Brennę – Nigdy tego nie rozumiałam, suknia koniecznie najpiękniejsza… a weź potem goń w niej kogoś, spróbuj się pochylić czy unieść ręce... – westchnęła. W najpiękniejszej można było tylko leżeć, wyglądać i pachnieć – w oczach Mav coś takiego było całkowicie, absolutnie niepraktyczne i w głowie się nie mieściło wręcz, że młode dziewczęta kierowały oczy praktycznie tylko na piękno.
Nie to było w życiu najważniejsze.
Drgnęła lekko, gdy poczuła dotyk – nie, „przed” coś takiego nie miałoby miejsca. Ale teraz była zimna. Teraz była inna – i gdzieś w tym wszystkim coraz bardziej miała z tyłu głowy, że musi uważać, aby nie wymrozić innych. To zimno należało do niej i na dobrą sprawę był to też ciężar, którym nie mogła (i nie chciała) się podzielić. Ale nie uciekła. Nie – zacisnęła palce, próbując zignorować gulę w gardle.
Zimna.
Czy kiedykolwiek jeszcze zazna ciepła?
Zacisnęła wargi, nie mogąc odpowiedzieć nic w temacie Voldemorta. Choć bardzo by chciała. Że w sumie mógł ich zabić i tak. Że w zasadzie jest zdziwiona, że stanęli z nim oko w oko, sprzeciwili mu się – i żyją. Że… och.
- Na pewno? – spytała cicho, bardzo cicho, spoglądając uważnie na Brennę. Na pewno powstrzymali? Wkroczył do tego świata i zaczerpnął mocy. Ile chciał, jak chciał – Więc pamiętając list, wiesz już wszystko o wydarzeniach – dodała po krótkiej chwili, ostatecznie próbując zabrać dłoń i mamrocząc coś o tym, że Brenna zaraz przez to zmarznie – Z tą różnicą, że Patrickowi udało się zniszczyć kamień, ale… To już było po fakcie. Konsekwencje? Boję się, jakie jeszcze odkryjemy – w głosie kobiety pojawiła się gorycz.
Za późno. Zdecydowanie pojawili się za późno. Tak, zniszczyli coś, co przytrzymywało energię cyklu, ale… cichy, uparty głosik z tyłu głowy nie chciał się zamknąć i nadal powtarzał, że to za mało. Nadal, choć wiedziała, że Voldemort był o wiele potężniejszym czarodziejem niż cała ich trójka.
- Nie chodziło o ogniska Beltane, rozpalone przez kapłanów – dorzuciła jeszcze, jakby nagle przypomniała sobie detal. Cóż, był ogień i ogień.
Ale też jednocześnie poczuła mało przyjemne ukłucie – bo jak ten brat odłączyła czyjąś duszę od zaświatów. Wyniosła ją stamtąd. A przynajmniej tak to postrzegała – i tak, w jakiś sposób czuła się temu winna.
- Najwygodniejszą – poprawiła wręcz odruchowo Brennę – Nigdy tego nie rozumiałam, suknia koniecznie najpiękniejsza… a weź potem goń w niej kogoś, spróbuj się pochylić czy unieść ręce... – westchnęła. W najpiękniejszej można było tylko leżeć, wyglądać i pachnieć – w oczach Mav coś takiego było całkowicie, absolutnie niepraktyczne i w głowie się nie mieściło wręcz, że młode dziewczęta kierowały oczy praktycznie tylko na piękno.
Nie to było w życiu najważniejsze.
Drgnęła lekko, gdy poczuła dotyk – nie, „przed” coś takiego nie miałoby miejsca. Ale teraz była zimna. Teraz była inna – i gdzieś w tym wszystkim coraz bardziej miała z tyłu głowy, że musi uważać, aby nie wymrozić innych. To zimno należało do niej i na dobrą sprawę był to też ciężar, którym nie mogła (i nie chciała) się podzielić. Ale nie uciekła. Nie – zacisnęła palce, próbując zignorować gulę w gardle.
Zimna.
Czy kiedykolwiek jeszcze zazna ciepła?
Zacisnęła wargi, nie mogąc odpowiedzieć nic w temacie Voldemorta. Choć bardzo by chciała. Że w sumie mógł ich zabić i tak. Że w zasadzie jest zdziwiona, że stanęli z nim oko w oko, sprzeciwili mu się – i żyją. Że… och.
- Na pewno? – spytała cicho, bardzo cicho, spoglądając uważnie na Brennę. Na pewno powstrzymali? Wkroczył do tego świata i zaczerpnął mocy. Ile chciał, jak chciał – Więc pamiętając list, wiesz już wszystko o wydarzeniach – dodała po krótkiej chwili, ostatecznie próbując zabrać dłoń i mamrocząc coś o tym, że Brenna zaraz przez to zmarznie – Z tą różnicą, że Patrickowi udało się zniszczyć kamień, ale… To już było po fakcie. Konsekwencje? Boję się, jakie jeszcze odkryjemy – w głosie kobiety pojawiła się gorycz.
Za późno. Zdecydowanie pojawili się za późno. Tak, zniszczyli coś, co przytrzymywało energię cyklu, ale… cichy, uparty głosik z tyłu głowy nie chciał się zamknąć i nadal powtarzał, że to za mało. Nadal, choć wiedziała, że Voldemort był o wiele potężniejszym czarodziejem niż cała ich trójka.
- Nie chodziło o ogniska Beltane, rozpalone przez kapłanów – dorzuciła jeszcze, jakby nagle przypomniała sobie detal. Cóż, był ogień i ogień.